Justin Timberlake w Gdańsku [RELACJA]

Justin Timberlake

Justin Timberlake

Doskonale pamiętam, jak po raz pierwszy płakałam z powodu koncertu. To było w październiku 2010 roku po koncercie Robyn, która wystąpiła w Warszawie podczas FreeFormFestival. Jej występ był tak rewelacyjny, a ja bawiłam się tak dobrze, że gdy Szwedka zeszła ze sceny, najzwyczajniej w świecie rozpłakałam się z radości. To było piękne przeżycie, które bez wątpienia długo jeszcze pozostanie w mojej pamięci.

Równie dobrze i równie długo, podejrzewam, pamiętać będę kolejny koncert, który doprowadził mnie do łez. Z tą tylko – znaczącą – różnicą, że wtorkowy występ Justina Timberlake’a wspominać będę z ogromnym żalem. Na jego wizytę w Polsce czekałam od ukazania się „FutureSex/LoveSounds”, czyli od 2006 roku i kiedy w połowie lutego potwierdzono gdański koncert amerykańskiego gwiazdora, a kilka dni później stałam się posiadaczką biletu na to wydarzenie, byłam pewna, że spełni się moje największe muzyczne marzenie.

W takim przekonaniu żyłam do 19 sierpnia, do mniej więcej godziny 21:15, kiedy to rozpoczęło się najważniejsze muzyczne wydarzenie tego roku w Polsce. Gdy po stadionie rozeszły się pierwsze dźwięki koncertu, stanęłam jak wryta. Emocje, które się we mnie zebrały, a także wyraz mojej twarzy zmieniły się diametralnie. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Stałam tak – mocno oszołomiona – przez pierwszy utwór, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego jedyne co do mnie dociera, to KAKOFONIA, która po kilkunastu minutach doprowadziła mnie do płaczu.

Zmieniłam miejsce. Kilka razy. Stałam z przodu, z tyłu, na środku, po bokach. Wszędzie jednak było tak samo ŹLE. Naiwnie uspokajałam się, że zaraz to dopracują, że po kolejnym utworze jakość dźwięku zostanie skorygowana przez akustyka. Na nic się jednak zdały moje niewypowiedziane na głos, swoiste modły. Płakałam więc. Z rozczarowania, smutku, bezradności. Przejechałam dla tego występu łącznie około tysiąc kilometrów, spędzając za kółkiem kilkanaście godzin. Wydałam kilkaset złotych na bilet, paliwo, nocleg. I teraz napiszę, że… NIE BYŁO WARTO. Jak słowo daję, wolałabym nie pojechać na ten koncert wcale i żałować, że mnie na nim nie było, niż przeżyć tak ogromny zawód.

Tragiczne nagłośnienie nie było bowiem jedynym koszmarnym elementem wtorkowego wieczoru. Również wielkość telebimów wołała o pomstę do nieba. Skoro ja, stojąc gdzieś w połowie stadionu, widziałam na zawieszonych przy scenie ekranach umiarkowanie dobrze, to wolę sobie nie wyobrażać, jak czuli się ludzie, którzy kupili bilety na tylne trybuny, a na koncert nie wzięli ze sobą lornetek. Warto w tym momencie wspomnieć także o scenie, której rozmiar mnie skonsternował. Justin Timberlake na tak małej przestrzeni? Bez najkrótszego nawet wybiegu? Brytyjski muzyk znacznie mniejszego formatu, John Newman, popisywał się nie tak dawno w czeskiej Ostravie na scenie, która wydawała się dawać mu znacznie większe możliwości niż Timberlake’owi ta postawiona w Gdańsku.

Dzisiaj, kiedy nie jestem już tak rozgoryczona, analizując ten koncert, zachodzę w głowę, czego efektem jest ta porażka? Prestige MJM mają przecież na swoim koncie kilka ogromnych koncertów największych gwiazd. Każdy był tak fatalny czy to pierwszy raz, kiedy nie podołali zadaniu? Jak to się stało, że mając możliwość zorganizowania wydarzenia wręcz historycznego, spieprzyli sprawę w tak rażący sposób? Czy naprawdę szczytem prestiżu w przypadku występu Justina było spełnienie jego wymagań, zrobienie sobie z nim zdjęcia i żenujące chwalenie się tym wszystkim na facebookowym profilu agencji? Co tak bardzo nadwyrężyło możliwości organizatora, że nie był w stanie zagwarantować przyzwoitego nagłośnienia? To ta spożywka ze Stanów czy dwie krawcowe?

Byłam dotychczas na ogromnej liczbie koncertów, w przeróżnych miejscach, miastach, krajach i bez zbędnego dramatyzowania – to był najgorzej nagłośniony koncert, w jakim kiedykolwiek uczestniczyłam. Mam głęboko w dupie to, gdzie znajdowała się rzekoma magiczna, dobrze nagłośniona strefa. Co to miało być? Loteria? Albo trafię na dobre miejsce i posłucham Justina, albo nie i jedyne co usłyszę to przyprawiające o mdłości po dłuższym czasie DUDNIENIE, z którego nie będę potrafiła wyłowić ani jednego czystego dźwięku, ani jednego wyraźnego słowa? To jakiś żart? Kupon w Lotto kosztuje 3 zł, a nie 229 zł!

Jak mam cieszyć się tym, że Timberlake jest profesjonalistą pod każdym względem i genialnym showmanem, który urzeka zaangażowaniem, prezencją, wokalem? Jak miałam śpiewać wraz z nim fragmenty „Cry Me a River” czy „SexyBack”? Jak miałam wzruszyć się podczas „Until the End of Time” czy „Mirrors”? Jak miałam przeżyć ten koncert, skoro NICZEGO NIE SŁYSZAŁAM i mało co widziałam?

Prestige MJM zniszczyli moje największe muzyczne marzenie. Doszczętnie.

[KJ/TDGM]