Róisín Murphy „Hairless Toys” [RECENZJA]

Róisín Murphy "Hairless Toys" Play It Again Sam / Pias /  Mystic Production / 11.05.2015

Róisín Murphy „Hairless Toys”
Play It Again Sam / Pias /
Mystic Production / 11.05.2015

Mówienie o „powrocie” Róisín Murphy nie wydaje mi się do końca słuszne. O ile w kontekście długogrającego krążka termin wydaje się być całkiem zasadny, o tyle w kontekście muzycznej aktywności już nieco mniej. Przez sześć lat (cezurą ustanawiam rok 2009, kiedy to ukazały się dwa single – „Orally Fixated”, „Momma’s Place” – oraz singiel-widmo „Demon Lover” mający zwiastować „nowe, miejskie brzmienie”, który pierwszy i ostatni raz został wykonany przez Murphy na pokazie kolekcji Victora & Rolfa) pojawiały się bowiem kolaboracje (Crookers, The Feeling, Luca C & Brigante, Boris Dlugosch, Hot Natured, Freeform Five, Mason, Toddla T czy The Bullits) i pojedyncze solowe kompozycje, a w zasadzie to jedna, czyli „Simulation” w 2012 roku. Wówczas również nagrywano włoską EP-kę pt. „Mi Senti” wydaną dwa lata później.

Róisín wie, że fani są jej niezwykle wierni i nawet tak długi okres absencji wokalistki wytrzymał próbę czasu, czego dowodem było niemal natychmiastowe wyprzedanie biletów na majowe koncerty w Europie. A wszystko przed podaniem oficjalnych informacji dotyczących trzeciego albumu Irlandki. I w końcu nadszedł ten moment.

Wszyscy, którzy spodziewali się przebranej Róisín na okładce, obeszli się smakiem. Wszyscy, którzy spodziewali się klubowych kawałków, również (przynajmniej przez dłuższą chwilę). Pierwszy udostępniony utwór oraz otwierający „Hairless Toys” (to tak naprawdę fraza „careless talk” błędnie usłyszana i zapisana przez współpracownika Murphy, Eddiego Stevensa) to „Gone Fishing” wprawiający na pewno w konfuzję i konsternację większość świata muzycznego. Mnie również. W kontekście reszty albumowego materiału był to dobry i odważny krok, podpowiadający, czego możemy się spodziewać później. Róisín i Eddie zrezygnowali z klasycznych struktur tworzących typowe popowe piosenki na rzecz subtelnie rozciągniętych, precyzyjnie budujących napięcie utworów. Ten koncept pejzaży dźwiękowych sprawdza się niemalże całkowicie przy wszystkich utworach. „Exploitation”, pierwszy oficjalny singiel opatrzony teledyskiem, wywołuje mniej mieszanych uczuć, jest bliższy Murphy z poprzedniej płyty, ale dopiero w pełnej albumowej wersji można doświadczyć kunsztu producenckiego Stevensa, bowiem bliżej mu do muzyki progresywnej czy micro house’u.

Róisín wybiera single, póki co, bezbłędnie, bowiem na horyzoncie już pojawia się „Evil Eyes” z przeszywającymi disco-syntezatorami i funkującymi gitarami. „Uninvited Guest” mógłby się z powodzeniem pojawić na „I Am Not a Doctor” czy „Things to Make and Do”, ale wydaje się stać nieco w cieniu w stosunku do reszty utworów. Na „Exile” zżyma się wielu recenzentów, mówiąc, że „Róisín udaje Boba Dylana”. Umieszczenie tego utworu na płycie, stanowiącego kontrapunkt do reszty „Hairless Toys”, a nawet całej solowej kariery Murphy, to kolejne „puszczenie oka” do fanów i „spodziewanie się niespodziewanego”. A poza wszystkim, to po prostu ładna ballada, której nigdy wcześniej wokalistka nie nagrała. Utwór tytułowy to, wydaje mi się, niedoceniana kompozycja na płycie, niezwykle intymna, a chór i kolejny raz przeszywające klawisze Eddiego pozostawiają niezapomniane wrażenie. „Unputdownable” zaskakuje połączeniem gitar i elektroniki, co często w wypadku innych wykonawców prezentuje się słabo, a w przypadku Róisín zostało precyzyjnie wyważone, w efekcie czego album zamyka miłosny „sing along”.

Tekstowo Róisín podróżuje w różne rejony własnych wspomnień. Chociażby „House of Glass” traktujące o czasie, gdy jako nastolatka mieszkała z koleżankami w domu otwartym, określając siebie i je jako „we were glasshouse girls”. (Ciekawe, na ile w tym zbieżności ze szklanymi domami Żeromskiego?) Swoją drogą, artystka podkreślała, że Eddie nie wtrącał się w teksty.

Wizualna strona „Hairless Toys” to z kolei przemyślany i konsekwentnie realizowany przez Murphy koncept. Postać, którą wykreowała, to Angie, która – tak, jak sama wokalistka – „znajduje się we własnym świecie, jest dziwakiem zawieszonym w czasie między latami 60. a późnymi 80.”. Teledyski, które wyreżyserowała sama Róisin, to dramatyczne, niemalże filmowe historie, perfekcyjnie nawiązujące i grające z popkulturą. Zatem Murphy to artystka totalna.

„Hairless Toys” to „powrót”, o jakim wielu artystów mogłoby pomarzyć. Świeży, nieoczywisty, a co najważniejsze – w pełni autorski, taki, jaki wyobraziła sobie Róisin Murphy, bez wielkiej wytwórni i ogromnej machiny promocyjnej. Zarzuty niektórych polskich recenzentów, którzy uważają, że ta płyta jest skierowana do tych, „którzy taneczne szaleństwa mają już za sobą, spędzając dziś więcej czasu w domowym zaciszu z dzieciakami” lub przyjmujących za prawidłowość fakt, że po czterdziestce nie powinno się nagrywać muzyki tanecznej, generują jedynie politowanie.

4,5/5

[KO/TDGM]

Reklamy