Sarcast „Syn Słońca” [RECENZJA]

Sarcast "Syn Słońca" 10.06.2015

Sarcast „Syn Słońca”
10.06.2015

Niech Pezet nawija do dubstepu, a Taco Hemingway wypełnia swoje płyty fabularyzowanym rapem. Niech Małe Miasta żonglują elektroniką i swoim hip-hopowym zacięciem. Niech to wszystko się dzieje, niech znajduje sobie miejsce na polskiej scenie. Dopóki rodzą się ciekawe pomysły, które w efekcie cieszą uszy, ładują pozytywną energią i powodują szybsze bicie choćby jednego serca, ortodoksyjność w muzyce nie powinna mieć racji bytu. Tym bardziej, że jest to dziedzina, w obrębie której odstępstwa od jakichkolwiek norm są wręcz wskazane, jeśli nie chcemy, by nastał taki czas, kiedy wszystko, już naprawdę wszystko będzie brzmiało dokładnie tak samo. Co więcej, „inne” wcale nie znaczy „złe” i codzienność udowadnia to na każdym kroku.

W związku z tym ogromnie cieszy mnie fakt, że w pierwszej połowie czerwca ukazał się album zatytułowany „Syn Słońca”, którego twórcami są Łukasz Sowiński i Michał Lange, czyli Sarcast. Duet definiuje swoją muzykę jako „połączenie brzmień elektronicznych z hip-hopowym groove’em i tekstami, które uniwersalne wartości zamykają w przystępnej, łatwo przyswajalnej formie” i jest to opis niemalże idealny.

„Syn Słońca” to prawie godzinna podróż po elektronicznych przestrzeniach, to muzyczny kalejdoskop, który zachwyca, zaskakuje i wzrusza. Krążek łączy w sobie nośne, klubowe dźwięki („Żyć”), spokojne brzmienia, które na myśl przywodzą mi melodie znane z gier serii Final Fantasy („Zima”), a także energiczne kompozycje na miarę tych tworzonych przez Ronalda Jenkeesa („Spadam”). Na tej płycie dzieje się bardzo dużo, utwory są ciekawie rozbudowane, zmienia się w nich tempo i zmieniają się nastroje.

Ogromna w tym zasługa producenckich umiejętności Michała, ale Łukasz także dokłada do tego niemałą cegiełkę, modulując swoim głosem i wyraźnie przekazując konkretne emocje. I jest to o tyle ważne, że bez tej zdolności warstwa tekstowa nie miałaby na tym albumie większego znaczenia. W końcu „Syn Słońca” to rozważania na temat sensu istnienia czy istoty problemów i słabości człowieka, a nie anegdoty z osiedlowych ławek. Jeśli słuchacz ma się zaangażować w tego typu teksty, musi mieć pewność, że angażuje się w nie również ich autor.

Nie sposób w tym miejscu nie podkreślić również wokalnego udziału Michała. I to jest kwestia, o którą uzupełniłabym definicję muzyki Sarcast. Michał, śpiewając, nadaje bowiem „Synowi Słońca” popowego sznytu i robi to z klasą („Cud”, „Żyć”, „Trudno”, „Wypij”, „Spadam”), po prostu. Co ciekawsze, jego wokal i rap Łukasza współbrzmią, nie budząc zastrzeżeń.

Ten album jest spójny, poruszający, pięknie wydany, dopracowany pod każdym względem. To nie jest kolejna płyta, która ukazała się na polskim rynku. To jest swoisty dar, ukłon w stronę odbiorcy i potwierdza to nawet dystrybucja krążka. To będzie płyta roku, jestem tego pewna.

5/5

[KJ/TDGM]