Róisín Murphy w Płocku [RELACJA]

Róisín Murphy / fot. Music Foto Kolektiv

Róisín Murphy / fot. Music Foto Kolektiv

Wiadomość o koncercie Róisín Murphy podczas tegorocznej edycji Audioriver Festival z pewnością można było zaliczyć do najważniejszych ogłoszeń koncertowych tego roku. Euforia jednak w pewnym momencie ustąpiła konfuzji, bowiem już w lutym naszły mnie wątpliwości, czy płocki festiwal to aby na pewno właściwe miejsce na tego typu występ. Mimo tego, nie było wątpliwości, że warto zobaczyć Róisín po siedmiu latach nieobecności na scenie.

Przed koncertem tłum zaczął się zwiększać, co oczywiście najbardziej dało się odczuć pod samą sceną, gdzie niektórzy jeszcze próbowali zająć dogodne miejsce. Ekipa Irlandki wnosiła instrumentarium (Murphy towarzyszyło pięciu muzyków, w tym Eddie Stevens – producent „Hairless Toys”) oraz nakrycia głowy, maski, szale, okulary, charakterystyczne dla występów wokalistki akcesoria.

Półtorej godzinne show (nieco dłuższe niż standardowe, godzinne występy na festiwalach) rozpoczęła akustyczna wersja „Golden Era” – kolaboracji z Davidem Moralesem. Wchodząca na scenę wokalistka już od pierwszych sekund zahipnotyzowała publiczność. Ubrana w płaszcz, chustkę na głowie, okulary oraz dzierżąca w dłoni niewielką torebkę przywitała się ironicznie słowami: „I am a fashion bloger”. Babciny look szybko jednak ustąpił połyskującej sukience, a utwór pt. „Familiar Feeling” na dobre rozpoczął szalony performance wokalistki.

Nawet z pozoru nic nie znacząca zabawa wstążką i późniejsze jej zawiązanie na oczach wywoływało ekstatyczną reakcję publiczności. Nie ma się czemu dziwić, Murphy wie, jak skraść serca fanów, nie tylko muzyką. Pomiędzy utworami z nowej płyty („Evil Eyes” oraz „Gone Fishing”) zagrano również bardzo krótkie „Tatty Narja” oraz „Dirty Monkey” jeszcze z czasów Moloko. Były to improwizowane przejścia do kolejnych numerów z setlisty. „Dear Miami” spotkało się również z ciepłym przyjęciem – to chyba większy przebój niż wszystkie single z „Overpowered” razem wzięte.

Przebierankom nie było końca, praktycznie co utwór Róisín biegła za scenę, aby przywdziać kolejne kreacje. O ile dla kogoś, kto po raz pierwszy widział Irlandkę na żywo te częste zmiany kostiumów mogły być nieznośne, o tyle fani z pewnością byli na to przygotowani. Nie zakłócały one rytmu koncertu, bowiem zespół umiejętnie przechodził do kolejnych kompozycji. A Róisín, no cóż, w swoich outfitach wyglądała perfekcyjnie. Maski oraz nakrycia głowy autorstwa Christophera Coopensa, z którym współpracuje jeszcze od czasów trasy promującej „Overpowered”, dopełniały wizerunku artystki.

„Jealousy” oraz „Simulation” w wersji koncertowej stały się funkującymi, tanecznymi numerami. Ogromne brawa należą się zespołowi, który wykonał świetną robotę. Kontrapunktem do poprzednich wykonań okazało się niespodziewane przeze mnie „Non Credere”. Dało się zauważyć niewielkie wzruszenie Róisín podczas wykonywania tego utworu. Męski chórek składający się z członków zespołu świetnie zgrał się z Irlandką, był to bardzo nostalgiczny moment tego koncertu albo i nawet całego festiwalu, bo chyba nikt wcześniej nie śpiewał klasyki włoskiej piosenki podczas Audioriver Festival.

Podczas show było wiele miejsca dla improwizacji i to ona jeszcze bardziej pokazywała kunszt muzyków grających z Murphy. „Pure Pleasure Seeker” to kolejny ukłon w stronę Moloko oraz fanów artystki. Podczas wykonywania utworu, Róisín mówiła sporo o przyjemności. „Exploitation” zdawało się zamykać koncert, gdy nagle muzycy oraz sama Murphy rozpoczęli improwizację, efektem czego stało się wykonanie „Sing It Back” na samplach z „Exploitation” właśnie. Publiczność zapewne na to czekała, ja również zostałem pozytywnie zaskoczony takim zakończeniem koncertu.

Róisín Murphy była dość powściągliwa w kontakcie z publicznością, lecz parokrotnie uśmiechała się do widowni, która oklaskiwała ją niemalże nieustannie. Na samym końcu, ponownie przebrana, tym razem w białą suknię, pożegnała się z publicznością.

Opinie o koncercie Róisín są podzielone. Ci, którzy oczekiwali wiązanki największych przebojów, komentują koncert jako nudny, „nie do tańczenia”. Moim zdaniem koncert był fenomenalny, choć nie wpisywał się idealnie w formułę festiwalu. Stąd po części rozumiem negatywne głosy tych, którzy najnowszej płyty Irlandki nie znali. Trudno jest zatem również oceniać płocki koncert jednakowymi kryteriami względem innych występów. Róisín Murphy powróciła na scenę w wielkim i niezmiennym stylu, ugruntowując swoją pozycję. Kultową pozycję. Już nie mogę doczekać się powtórki w listopadzie.

[KO/TDGM]

Advertisements