Machine Gun Kelly w Warszawie [RELACJA]

Relacji z koncertu Machine Gun Kelly’ego pisać nie planowałam. Bilet kupiłam, nikomu nie zdążyłam nawet pozawracać głowy w sprawie ewentualnej akredytacji, a zatem nie miałam zamiaru obarczać się najmniejszą nawet presją tworzenia tekstu, który wypadałoby opublikować najpóźniej dzień po koncercie, a więc w niedzielę. Zresztą, w niedzielę wracałam z Warszawy do Wrocławia, prowadziłam samochód przez całą drogę i jedyne, o czym myślałam, to o wywiadzie, który wraz z Magdą przeprowadziłyśmy z Kellsem przed sobotnim koncertem.

Impulsem do relacji, której tworzyć nie planowałam, a którą jednak właśnie piszę, był/jest komentarz Mateusza Natali z Popkillera.

Wypchana hala? Byłam trzeźwa, wzrok mam idealny (mam na to dosyć świeży kwit od okulisty) i gwarantuję, że to nie miało miejsca. Trzy tysiące osób? Nie liczyłam, nie dam sobie ręki uciąć, że tylu ludzi tam nie było, ale wątpię, że to rzeczywista liczba, jeśli mam opierać się na tym, co widziałam, stojąc na samym końcu tłumu, a jednak wciąż jeszcze przed reżyserką akustyków. Idealne nagłośnienie? Tutaj Mateusz już zwyczajnie przesadził. Domyślam się, że Popkiller trzyma sztamę z BIG idea (organizowali wspólnie koncert Micka Jenkinsa), jak również zdaję sobie sprawę z tego, że niełatwo jest nagłośnić halę sportową, jednak opisywanie nagłośnienia sobotniego koncertu Machine Gun Kelly’ego jako idealne jest nie do przyjęcia.

Ten koncert był świetny, to fakt. Kells jest imponującym wulkanem energii na scenie, zgadza się. Publiczność dała bardzo dobre świadectwo tego, jak rewelacyjnie potrafią się bawić polscy fani. Generalnie, trudno było wyjść niezadowolonym z tego występu. Nazywajmy jednak rzeczy po imieniu. MGK „zrobił robotę”. On i tylko on. Ten chłopak jest piekielnie charyzmatyczny, pomimo młodego wieku czy też ujmującej, alkoholowo-narkotykowej otoczki. Jego pierwszy polski koncert był wart każdej złotówki, każdego przejechanego kilometra i każdej minuty zmęczenia. Tym bardziej szkoda, że się nie wyprzedał, że hala nie pękała w szwach, a nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia.

Uwielbiam Machine Gun Kelly’ego, ale nie jestem „sajko”. Nie znam wszystkich jego tekstów na pamięć, nie zanucę każdego podkładu, nie skojarzę w ciągu kilku pierwszych sekund każdego kawałka. W sobotę wielu jego wersów nie słyszałam. Przez talerze perkusji i gitary (kwitem od laryngologa również dysponuję). To bowiem było dominujące brzmienie podczas koncertu, a nie wokal, niestety. Co więcej, bas momentami wręcz miażdżył, otoczenie przez to trzeszczało i żebym nie wiem jak się starała, nie potrafiłam/nie potrafię znaleźć w tym niczego przyjemnego.

Koncert zaliczam do udanych, ale niczego mi nie urwał właśnie z powodu niezadowalającego nagłośnienia. Show jednak było niezłe, Kells wydawał się być zajarany reakcją ludzi pod sceną i to jest najważniejsze, nie trzeba zatem zapychać tematu wazeliną.

[KJ/TDGM]