Annie „Endless Vacation” [RECENZJA]

Annie "Endless Vacation"

Annie „Endless Vacation”

Złośliwi mogliby skwitować tytuł „Endless Vacation” jako doskonałe podsumowanie artystycznej aktywności Norweżki trojga imion. Jest w tym ­odrobina prawdy, bowiem na palcach jednej ręki można policzyć premierowe wydawnictwa Annie Lilii Berge Strand w mijających latach – do tej pory ostatnim nowym utworem był zaangażowany politycznie manifest, „Russian Kiss”, którego premiera (celowo) zbiegła się w czasie z rozpoczęciem ubiegłorocznych zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi.

Strand niejednokrotnie zapowiadała wydawanie muzyki w przeróżnych konfiguracjach. W 2013 roku, po premierze EP-ki pt. „A&R” – wzorem koleżanki Robyn – miały ukazać się dwa dodatkowe minialbumy. Dopiero po ponad dwóch latach możemy posłuchać nowej EP-ki z zaledwie/aż czterema nowymi utworami. Po dość długim okresie absencji muzycznej wolałbym otrzymać nieco więcej od Annie, ale podobno w 2016 roku znów ma się coś ukazać, a niekończące się oczekiwanie ma zwieńczyć album planowany na… 2017 rok.

Wracając do „Endless Vacation”, należy ponownie skierować pokłony ku grafikowi. Paolszi, który kolejny raz zaprojektował oprawę graficzną dla Annie, wykonał naprawdę niezłą robotę. Okładka EP-ki stylizowana jest na wkładkę kasety magnetofonowej, a tytuł jest inspirowany logiem brytyjskiego talent show „Popstars: The Rivals”. Strand opowiada, że okładka wyjaśnia ideę zawartą w tytule: „Te „niekończące się wakacje” są jak sen, z tym, że niekoniecznie dobry. Okładka to pokazuje – idealne wakacje, które są w zasadzie porażką. Spędzasz czas w pięknym miejscu z kimś, z kim nie masz nawet o czym rozmawiać… Oglądając zdjęcia, wszystko jednak wydaje się idealne”.

Pierwszym utworem, jaki ujrzał światło dzienne, był „Cara Mia”. Krzyżują się w nim nieco poprzednie utwory („Back Together” oraz „Hold On”), jednak jest to produkcja bardziej balearyczna. To nieoczywiste zaproszenie na parkiet, a końcowa fraza: „come and dance with me” jest jak puszczenie oka – wtedy tak naprawdę wszystko się zaczyna między dwojgiem partnerów. „Dadaday” z umyślnie użytym auto-tunem miał być inspirowany gatunkiem eurodance, jednak brzmi jak niedopracowane demo. Dodatkowa produkcja może ożywiłby ten kawałek, który gubi się pośród reszty na „Endless Vacation”. Najlepszą chyba kompozycją minialbumu jest „Out of Reach”, którą można uznać za sequel historii Anthonia. Tęsknota jest obudowana w subtelną elektroniczną melodię, jest w niej coś z Enyi, Enigmy, a także ma w sobie nieco tropikalności – nie tylko poprzez partie fletu, również ostatnia, instrumentalna minuta utworu niesamowicie wieńczy melancholijną narrację. „Endless Vacation” zamyka „WorkX2”, najbardziej taneczny moment EP-ki. Soundtrack z kaset wideo do domowego fitnessu z lat 80. i 90. – to moje pierwsze i najsilniejsze skojarzenie (szkoda, że do tego utworu nie powstał teledysk, w którym Annie mogłaby być drugą Jane Fondą lub Cindy Crawford).

„Więcej nowej muzyki od Annie!” – to chyba jedyna słuszna konkluzja, która nasuwa mi się po przesłuchaniu „Endless Vacation”. Mam nadzieję, że nowy materiał będzie obfitował w większą liczbę producentów-gości. Przy tej EP-ce, tradycyjnie, pracowali Richard X, Hannah Robinson, a także Jim Eliot i Stefan Storm (z The Sound of Arrows). Warto jednak przypomnieć, że w przeszłości Strand współpracowała m.in. z Xenomanią, Timo Kaukolampim czy Paulem Epworthem (tak, tak, tym samym, który pisał dla Adele czy Florence). Czy na twardych dyskach w jej berlińskim mieszkaniu ukrywają się kolejne przebojowe kompozycje? Oby szybko ujrzały światło dzienne.

4/5

[KO/TDGM]

Reklamy