Mela Koteluk w Warszawie [RELACJA]

Mela Koteluk

Mela Koteluk

Zapowiedź fonograficznego debiutu Meli Koteluk przyszła do mnie wiosną, miesiąc przed premierą płyty pt. „Spadochron”. Wówczas na jednym z portali społecznościowych pojawił się teledysk do utworu zatytułowanego „Dlaczego drzewa nic nie mówią”. Pamiętam, że po jego kilkunastokrotnym odtworzeniu, udostępniłam link i opatrzyłam go podpisem „pani brzmiąca jak połączenie Nosowskiej i Brodki zawładnęła niedzielą”. Podobne porównania wielokrotnie pojawiały się później w recenzjach płyt artystki i nawet jeśli ich intencją miała być nobilitacja, pozostawały porównaniami. Odnoszę wrażenie, że przez długi czas Mela Koteluk nie mogła być sobą, bo dla wielu była wokalistką z głosem podobnym do kogoś innego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że te czasy minęły. Mam nadzieję, że bezpowrotnie. W tym przekonaniu utwierdził mnie niedzielny koncert artystki.

Bilety na występ Meli wyprzedały się kilka tygodni wcześniej, co doskonale obrazował wypełniony po brzegi warszawski klub Stodoła. W pięknej scenografii, wśród zieleni roślin i klimatycznego oświetlenia, zespół zaprezentował utwory z obu płyt. „To nic”, „To trop”, „Tragikomedia”, „Przeprowadzki” zagrane na początku były dla słuchaczy sygnałem, że może to być wieczór pełen zaskoczeń. Tuż po nich, w trakcie przywitania się z publicznością, artystka poinformowała, że niektóre utwory zostaną zaprezentowane w nowych aranżacjach, co jest wynikiem styczniowej współpracy zespołu. Współpracy, jak się okazało, niezwykle owocnej, bo świeżość w dobrze już znanych kompozycjach i zgranie całej grupy odczuwało się przez cały występ. Wzruszenie i zaskoczenie, zdecydowanie pozytywne, nie ominęło samych muzyków, którzy podczas nieco spokojniejszej wersji utworu pt. „Żurawie origami” mogli podziwiać morze unoszących się nad tłumem papierowych ozdób – właśnie żurawi origami.

W dalszej kolejności publiczność usłyszała między innymi „Działać bez działania”, „Niewidzialna” i „Fastrygi”. Wszystkie utwory spotykały się z bardzo dobrym przyjęciem. Magiczny spektakl, który zaserwowali słuchaczom członkowie zespołu, wydaje się być efektem z jednej strony przemyślanych działań i ciężkiej pracy, a z drugiej zabawy muzyką i nieustannego eksperymentowania. Można to było odczuć, słuchając kawałka pt. „Stałe płynne” w wersji znanej z inicjatywy otwARTa scena czy utworu „Migracje” zagranego w towarzystwie ukulele i puzonu.

W trakcie blisko półtoragodzinnego występu publiczność usłyszała kilkanaście utworów, które w zależności od aranżacji determinowały reakcje publiczności – od ciekawości i wnikliwego zasłuchiwania się, przez zastyganie w bezruchu, zatapianie się w melancholii, po radosne podrygiwanie i śpiewanie. Niezwykła różnorodność. Z największym entuzjazmem został przyjęty utwór pt. „Spadochron” zaprezentowany w zaskakującej, rockowej wersji, w bogactwie instrumentów, wśród których uwagę zwracał flet poprzeczny. Zbliżając się ku końcowi występu, w nawiązaniu do obchodzonego tego dnia święta zakochanych, po utworze pt. „Melodia ulotna”, wokalistka życzyła słuchaczom miłości i bycia łagodnymi dla siebie. Odbiorcy natomiast swoje życzenia przekazali podczas zagranej na bis akustycznej wersji utworu „Żurawie origami”, unosząc w górę setki czerwonych serc.

Słowa uznania należą się wszystkim członkom zespołu. Z jednej strony autentycznością, klasą i pewnego rodzaju niedopowiedzeniem wokalistka przykuwa i skupia na sobie uwagę publiczności, a z drugiej w sposób naturalny i zupełnie nieprzymuszony pozostawia mnóstwo przestrzeni do zaprezentowania się pozostałym, wyjątkowo uzdolnionym muzykom, co w konsekwencji tworzy różnorodną i zgraną całość.

Jeśli ktokolwiek zastanawiał się nad tym, czy walentynkowy wieczór to dobry moment na koncert, nie powinien mieć żadnych wątpliwości, że był to wybór doskonały, bo minioną niedzielą zawładnęła pani, która brzmi jak… Mela Koteluk. Wyjątkowa i niepowtarzalna.

[JP/TDGM]

Advertisements