Fismoll we Wrocławiu [RELACJA]

Fismoll we Wrocławiu / fot. Fismoll

Fismoll jest dla mnie artystą wyjątkowym. Młody, na scenie obecny od trzech lat, a jednak – mimo jego krótkiej jeszcze kariery – mam do niego ogromny sentyment. Minęło trochę czasu, od kiedy ostatni raz słuchałam go na żywo. Przychodzi bowiem moment, kiedy w muzycznej relacji z artystą trzeba dać sobie nieco więcej przestrzeni po to, by po jakimś czasie zachwycić się nią na nowo. Dla mnie tym momentem ponownego zachwycenia się było ukazanie się EP-ki pt. „Abandoned Stories”, a wraz z nią pierwszego polskiego utworu Arka, czyli kompozycji zatytułowanej „Jaśnienie”, która totalnie mnie oczarowała. Nie mogłam zatem odmówić udziału w jego sobotnim koncercie, który odbył się we wrocławskim Firleju. Tym bardziej, że do tej pory nie miałam też okazji uczestniczyć w jego solowym występie.

To, że podczas solowych koncertów atmosfera jest bardziej kameralna, intymna, że artysta jest bardziej nagi, wszystkim jest raczej wiadome. Inaczej bowiem gra się, a już na pewno odbiera muzykę, gdy na scenie towarzyszy artyście zespół, a inaczej, gdy dziesiątki czy setki oczu i uszu są skupione wyłącznie na nim. Fismoll i tak dość mocno obnaża się przed słuchaczami w swojej twórczości. Mogłoby się zatem wydawać, że występ w pojedynkę będzie dla niego bardziej stresujący. I chociaż tak było – o czym sam zapewniał – to odnalazł się w tej sytuacji rewelacyjnie.

Idąc na koncert Fismolla, mniej więcej wiadomo jakiego klimatu można się spodziewać. Jego muzyka wywołuje skupienie, wprowadza pewien spokój, pozwala odpocząć od pędu dnia codziennego, ale też wzrusza lub wyzwala uśmiech. I tego nie zabrakło podczas sobotniego koncertu. Po raz pierwszy bowiem na koncercie Arka doświadczyłam pełnej ciszy podczas wykonywania przez niego utworów. Nikt nie rozmawiał, a jeśli tak, to w sposób, który nie przeszkadzał innym.

Tamtego wieczoru ze sceny wybrzmiały wszystkie ważne dla artysty utwory. Nie zabrakło „Let’s Play Birds”, „Look at This”, „Close to the Light”, „Let Me Breath Your Sigh” z pierwszej płyty, jak również „Eager Boy”, „Tales”, „Soldier” i „Let Me Breath My Sigh” z drugiego krążka. Słusznie jednak odniosłam wrażenie, że nie tylko ja przyszłam na ten koncert dla wspomnianego już „Jaśnienia”. Fismoll nie uwzględnił go na swojej setliście, ale chętnie spełnił prośbę publiczności na koniec koncertu i uraczył ją pięknem tej melodii i tekstu. Chyba nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że kompozycja pt. „Jaśnienie” stała się doskonałym zwieńczeniem tego pełnego skupienia wieczoru.

Znam już Fismolla jako rewelacyjnego muzyka, wrażliwego artystę, a w sobotę poznałam go jako… zabawnego gawędziarza. Arek raczył publiczność opowieściami, anegdotami i własnymi przemyśleniami przez cały koncert, wypełniając nimi ciszę pomiędzy utworami, kiedy dostrajał gitarę. Zabawianie swoich gości i dbałość o to, by jak najprzyjemniej spędzili wieczór, to cechy dobrego gospodarza. I takim też Fismoll się okazał.

Myślę, że swoim zachowaniem, nastawieniem, przejawami grzeczności sprawił, że słuchacze poczuli się tak, jakby odwiedzali dobrego znajomego. Fismoll nie tylko bowiem dzieli się z ludźmi swoją intymnością, ale też daje poczucie, że każdemu poświęca swoją uwagę, choć ludzi pod sceną jest tak wielu. Dzięki temu publiczność chce w pełni uczestniczyć w koncercie – słucha go w skupieniu, ale też chętnie zagaduje i wyczekuje spotkania po występie, by zamienić z Arkiem choć kilka słów. To się docenia, takiego artysty słucha się latami i bardzo chętnie wraca się na jego kolejne koncerty. Nawet po dłuższej przerwie.

[MR/TDGM]

Reklamy