Daniel Bloom we Wrocławiu [RELACJA]

Daniel Bloom / Wrocław 2016
fot. KJ/TDGM

Kiedy po występie artysty deklaruje się jeszcze większe zamiłowanie do jego krążka, nie może to oznaczać nic innego jak to, że koncert był rewelacyjny. Takie właśnie wrażenie wyniosłam po piątkowym koncercie Daniela Blooma, który odbył się we wrocławskim Starym Klasztorze. Najnowszy album artysty pt. „Lovely Fear”, który zachwycił mnie już przy samym odsłuchu, zyskał w moich jeszcze więcej po tym, jak usłyszałam te kompozycje na żywo.

Takiemu odbiorowi sprzyjała przede wszystkim ciepła atmosfera, jaką wytworzyli Daniel oraz towarzyszący mu muzycy, czyli Tomek Makowiecki, Marsija (Loco Star) oraz Gniewomir Tomczyk. Wdzięczność za przyjęcie zarówno muzyki, jak i samych artystów, a także pewnego rodzaju pokora były tym, co mnie bardzo ujęło. Przez cały koncert czułam się bowiem tak, jakby odwiedzili mnie dobrzy znajomi, którzy przyjechali zagrać dla swoich przyjaciół. Takie zaś zachowanie wśród muzyków, którzy na scenie obecni są od wielu lat, nie może nie urzec.

W tej aurze nie zabrakło jednak ekspresji i energii. Artyści, choć bardzo skupieni na wykonaniu, na tym, by wszystko zabrzmiało tak, jak powinno, sami dali porwać się muzyce. Szczególnie Marsija, która rewelacyjnie radzi sobie w numerach swoich koleżanek po fachu. Jej wykonania „Lovely Fear” czy „Katarakty” wywołały tyle emocji, że nie sposób było nie poderwać się do tańca. Z kolei „Addicted” wyśpiewane przez Tomka Makowieckiego nie tylko przyjemnie rozbujało, ale i wprowadziło atmosferę pewnego rozmarzenia. W końcówce utworu artysta pokazał swoje wokalne możliwości, wznosząc ten kawałek na zupełnie inny, bardziej wzruszający poziom odbioru.

Wspominając o tym występie, nie można pominąć tego, że skład koncertowy świetnie uzupełniał się na scenie. Między muzykami panowała idealna symbioza. Każdy wiedział, co ma robić i kiedy wejść ze swoją rolą. I nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że nie grają ze sobą na co dzień, a wrocławski koncert był drugim występem na trasie promującej „Lovely Fear”. Świadczy to więc o tym, jak doświadczonymi i profesjonalnymi są muzykami i jaki szacunek mają do swoich odbiorców. Pisząc z pozycji słuchacza, muszę zatem dodać, że na takie koncerty chodzi się z prawdziwą przyjemnością, a z kolei po nich bardzo chętnie zapętla się płyty artysty.

[MR/TDGM]

Reklamy