Vök we Wrocławiu [RELACJA]

Vök / Wrocław 2016
fot. KJ/TDGM

Nie minął nawet rok od naszego pierwszego wywiadu z islandzką grupą Vök. Od tamtego czasu jednak trochę się u tej trójki pozmieniało, przede wszystkim w kontekście napiętego kalendarza koncertowego. Andri, Margrét i Ólafur podróżują i grają coraz więcej, czego przejawem jest między innymi obecna trasa koncertowa. W poniedziałek (29 lutego) we wrocławskim Firleju Vök zagrali swój dziewiąty z rzędu koncert w ciągu ostatnich… dziewięciu dniu. Po tym wydarzeniu chylę przed nimi czoła.

Znam już artystów, którzy koncertują bez opamiętania, codziennie odwiedzając inne miasto, a nawet kraj. Samolot lub autokar staje się dla nich drugim domem. Vök jednak są dopiero na początku tej drogi, wdrażają się w życie w trasie, a mimo to radzą sobie rewelacyjnie. Można powiedzieć, że to kwestia wieku, są przecież młodzi, powinni kipieć energią, ale jednak nawet dla młodej osoby tak napięty grafik może być męczący. Nawet jeśli tak jest, to zupełnie nie dają tego po sobie poznać, kiedy wchodzą na scenę. Tam bowiem zatracają się w muzyce, emanują wdzięcznością i chęcią podzielenia się z publicznością swoją twórczością, a poprzez nią własnymi emocjami. I to też miało miejsce we Wrocławiu.

Islandczycy pokazali swoją moc. Nie tylko zapełnili salę, wyprzedając koncert, ale przede wszystkim znakomitą większość osób wprawili w ruch. Przy zaprezentowanych aranżacjach nie dało się bowiem ustać w miejscu. Wolniejsze kawałki, jak na przykład zmysłowe „Tension”, lekko bujały, a „Waterfall” czy najnowszy singiel „Waiting” wywołały wśród publiczności bardziej energiczne ruchy. Nie wspominając o tym, że każdy kolejny utwór kończył się owacjami i krzykami ze strony widowni.

Nie mogę tutaj nie wspomnieć o fantastycznym podejściu zespołu do słuchaczy. Choć wydają się być nieco skryci, to w trakcie występu bardzo chętnie nawiązywali kontakt z publicznością. Pomiędzy utworami można było zatem usłyszeć anegdoty z trasy, a także wyrazy wdzięczności za przyjęcie ich muzyki. W trakcie wykonywania kompozycji z kolei dało się zauważyć pełne zaangażowanie całej trójki w to, co robią. Sami poddawali się granej przez siebie muzyce, a w perfekcyjnym występie nie przeszkodziła im nawet choroba wokalistki. Wszystko brzmiało wyśmienicie.

Islandię kojarzymy z chłodem, mrokiem, nostalgicznymi utworami. W moim odczuciu jednak – szczególnie po tamtym wieczorze – muzykę Vök można odbierać w zupełnie innych kategoriach. We Wrocławiu było magicznie i tajemniczo (szczególnie ze względu na panujący na scenie mrok), zmysłowo, ale też energicznie. Jedyne czego na ten moment można żałować to tego, że trwało to tak krótko (i że wciąż jeszcze musimy czekać na ich debiutancki album).

[MR/TDGM]

Reklamy