Glen Hansard we Wrocławiu [RELACJA]

Glen Hansard / Wrocław 2016
fot. KJ/TDGM

Po koncercie Glena Hansarda, który odbył się w poniedziałek (29 lutego) we wrocławskim Starym Klasztorze, ogromnie żałuję, że wcześniej nie widziałam tego artysty na żywo. To, co działo się nie tylko na scenie, ale również na widowni, trudno bowiem opisać, nie używając przy tym pewnych niecenzuralnych, aczkolwiek pozytywnie nacechowanych słów.

Wybierając się do Starego Klasztoru, spodziewałam się raczej klimatu rodem z filmu pt. „Once”. Myślałam, że posiedzę lub postoję gdzieś w ciemnym kącie, zatopię się w spokojnym gitarowym brzmieniu i będę chłonąć muzykę, a przy okazji będę mogła odpłynąć gdzieś myślami. Nic bardziej mylnego. Glen okazał się być scenicznym zwierzęciem, które zmieniło moje nastrojowe wizje w niezłą imprezę.

Swoją energią Glen mógłby zawstydzić niejednego młodszego kolegę po fachu. W swój występ włożył tyle ekspresji i żywiołowości, że aż w pewnym momencie pękła mu struna. Trudno było nie dać się temu porwać, czego efektem była rozkrzyczana i roztańczona publiczność. Nie dostrzegłam chyba osoby, która choć raz nie klasnęłaby w dłonie lub nie tupnęła nogą. Niełatwo też było wyłowić z tłumu uczestnika koncertu, który nie uśmiechnął się na opowiadane przez artystę anegdoty, przyjmowane dziwne pozy czy miny albo kogoś, kto nie wzruszył się przy kawałku pt. „Falling Slowly” zaśpiewanym razem z Markétą Irglovą.

Glen ma ogromną charyzmę, to trzeba mu przyznać. Każdy z wykonywanych przez niego utworów był przyjmowany z niemałym entuzjazmem. Nie ma się jednak czemu dziwić – cały występ był perfekcyjnie przygotowany. Towarzyszący Glenowi muzycy, którzy wyśmienicie uzupełniali artystę w jego scenicznych poczynaniach, a właściwie wręcz mu partnerowali, włożyli w swoją pracę nie mniej energii, a przy tym bardzo aktywnie uczestniczyli w wykonywaniu kolejnych kawałków. Jeden z członków sekcji dętej zaśpiewał z Glenem jeden z utworów, z kolei gitarzysta, który ma polskie korzenie, uświetnił wieczór znanymi wszystkim Polakom piosenkami „Hej, sokoły!” oraz „Płonie ognisko”, w czym uczestniczył cały zespół i oczywiście również publiczność.

Największą niespodzianką minionego poniedziałku był dla mnie moment, w którym Glen Hansard – zaraz po zejściu ze sceny po głównej części koncertu – pojawił się przede mną (na schodach) ze swoją gitarą, by zagrać na bis. Pytając o to, czy nie będzie przeszkadzał, stanął przy barierce i wykonał „Say It to Me Now”, a zaraz po tym obok niego pojawili się gitarzysta i perkusista, którzy wsparli go przy utworze pt. „Gold”.

Glen jest showmanem, ma niespożytą energię i fantastyczny zespół. Widać, że kocha to, co robi i że granie koncertów sprawia mu ogromną przyjemność. To właśnie dzięki jego postawie i atmosferze jaką wprowadził, śmiało mogę zaliczyć ten koncert do jednego z najlepszych, na jakich kiedykolwiek byłam.

[MR/TDGM]

Reklamy