The Shipyard „Niebieska linia” [RECENZJA]

The Shipyard "Niebieska linia"

The Shipyard „Niebieska linia”

Dobrze jest czasem trafić na coś zupełnie innego niż to, czego słucha się na co dzień. Po pierwsze dlatego, że przerwy należy sobie robić niemalże na każdej płaszczyźnie. Po drugie natomiast z tego powodu, że na świecie jest sporo dobrego brzmienia, któremu powinno się poświęcać znacznie więcej uwagi niż niemałej części tego, co okupuje listy przebojów czy iPody.

Wracając jednak do tematu słuchania „innych rzeczy”, kolejny chyba już raz nadmienię, że muzyka gitarowa nie należy do moich ulubionych, jeśli nie jest nastrojowym „plumkaniem” lub nie została wymieszana z elektroniką, przy której jest mi raźniej.

Kiedy zatem zwrócono moją uwagę na nową płytę The Shipyard, raczej dobrze się stało, że zespół znałam wówczas wyłącznie z nazwy, a towarzyszące grupie opisy – zwłaszcza shoegaze i cold wave – jakoś mi umknęły. W moim przypadku „Niebieską linię” należało bowiem najpierw przesłuchać, a dopiero później zorientować się, w jakich stylistykach płyta została utrzymana.

Tym bardziej, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Jak bardzo mogłabym stronić od shoegaze’u, cold wave’u czy typowej muzyki gitarowej w ogóle, tak „Niebieska linia” niczym mnie nie zraziła. Wręcz przeciwnie. Przede wszystkim podoba mi się wokal, bez względu na to, jakim językiem operuje. I polsko-, i anglojęzyczne utwory brzmią dobrze, przy czym i jedne, i drugie skupiają uwagę, przez co płyta nie może lecieć „gdzieś w tle”, nie zwracając na siebie uwagi.

Brzmienie samo w sobie nie wywołuje we mnie niepokoju (ale momentami generuje nieco melancholii), choć do najbardziej melodyjnego nie należy. Upatruję w tym znaczącego wpływu wokalu właśnie, który w pewien sposób ociepla gitarowe dźwięki, co dodaje swego rodzaju otuchy. Żeby jednak nie krążyć jedynie wokół głosu Rafała Jurewicza, bo „Niebieska linia” to przecież także popis trzech innych panów, warto dodać, że Michał Miegoń, Piotr Pawłowski, Michał Młyniec i wspomniany już Rafał Jurewicz przedstawili słuchaczom fragment swojego świata, który zamknęli na krążku wraz z jakąś tajemnicą, czymś, co przyciąga.

I choć reprezentowane przez The Shipyard brzmienie nie zagości na stałe w moim odtwarzaczu, to cieszę się, że został mi polecony ich najnowszy album, bo do tego konkretnego materiału mogę wracać bez obaw o tagi, które przy nim znalazłam.

4/5

[KJ/TDGM]

Reklamy