KOLOROFONIA – o muzyce, happeningach i kulturze [WYWIAD]

KOLOROFONIA

KOLOROFONIA

KOLOROFONIA powstała z inicjatywy Michała Kisielewskiego, który już w 1995 roku założył swój pierwszy hip-hopowy skład. Rap nie jest jednak jedynym gatunkiem, z którym artysta miał do czynienia. Jego muzyczna droga była bardzo różnorodna, a i teraz Michała trudno nazwać tak po prostu raperem. Co robi aktualnie, jak traktuje rap, jakie ma plany na przyszłość? Zapraszamy do lektury poniższego wywiadu.

TDGM: Swoją przygodę z muzyką zacząłeś od rapu, jednak po drodze próbowałeś sił w zespole grającym reggae, miałeś również do czynienia z punkową kapelą. Taka rozbieżność była efektem młodzieńczych zajawek? A może ta droga miała jakiś wspólny mianownik?

KOLOROFONIA: Oczywiście! Wspólnym mianownikiem była po prostu muzyka (śmiech)! A tak na poważnie, to muzyką chciałem zajmować się od zawsze. I to na długo jeszcze przed tym, zanim doszedłem do tego, że jestem przede wszystkim muzykiem. Nie basistą, jak w przypadku punkowej kapeli, ani perkusistą, bo i taki epizod miał miejsce, ani didżejem, choć jestem nim po dziś dzień, ani tym bardziej wokalistą, jak we wspomnianej już kapeli reggae. Nie jestem też jakimś multiinstrumentalistą, a jedynie człowiekiem, który umie obsłużyć te wszystkie instrumenty, nie będąc wirtuozem żadnego. Próbowałem zwyczajnie innych dróg, ale na szczęście bezskutecznie. Przechodząc jednak przez te wszystkie etapy, dojrzałem do tego, by zdecydować się na pozostawienie muzykowania bardziej kompetentnym, a samemu skupić się na swych najmocniejszych stronach. Okazały się nimi teksty i rola realizatora. Co więcej, również tworzenie bitów zostawiłem lepszym, mimo że sam robiłem je przez ponad 15 lat. To dało mi komfort, by skupić się na pisaniu i nagrywaniu rapu, a więc ostatniej fazie realizacji tych utworów. Efektem lat spędzonych na nauce tajników realizacji oraz muzyki, za którą odpowiada AL, jest to, jak ostatecznie brzmi KOLOROFONIA.

TDGM: Dlaczego ostatecznie wróciłeś do rapu?

KOLOROFONIA: Ten powrót z perspektywy czasu bardziej przypominana zatoczenie koła. Nie jest to więc krok wstecz, a bardziej naprzód. Dojrzałem do rapu, po prostu. Takiego rapu, jakiego sam chciałbym słuchać.

TDGM: Słuchasz jeszcze reggae lub punka? Czego w ogóle słuchasz na co dzień?

KOLOROFONIA: Uczciwie przyznaję, że na co dzień słucham niemal wszystkiego… poza rapem! Czasami, ale to bardzo okazjonalnie, sprawdzam jakiś nowy rapowy numer, ale najczęściej jedyny rap, jaki pojawia się w moich głośnikach, to własny (śmiech). Z dużą przyjemnością natomiast słucham reggae, w tym również tego polskiego, a jeśli chodzi o punk, to wyłącznie ten, który sam grywam i nagrywam. Nie chcę, by zabrzmiało to zarozumiale, ale cenię swój czas na tyle, by dozować sobie przyjemności, oszczędzać rozczarowań i jednocześnie poszerzać horyzonty muzyczne. Mając do wyboru najnowszą płytę aktualnie popularnego artysty i najstarszą płytę dowolnego klasyka – wybór jest prosty. Nie podążam za trendami, wolę sięgać do źródeł. To daje mi również mój drugi zawód, czyli DJ. Nie grywam nowości, natomiast wyszukuję rarytasy, które albo znasz, ale nie wiesz, jak je znaleźć, albo znasz w wersjach uwspółcześnionych, bądź samplowanych. To taka moja muzyczna edukacja. Często też wyszukuję i gram wersje przełożone na inny gatunek, by w ten sposób przełamać ograniczenia czy uprzedzenia i zaszczepić w odbiorcach pozytywne wrażenie względem nowych gatunków. Najczęściej przemycam w ten sposób reggae i jazz. Równie dobrymi narzędziami w tej sztuce są mash-upy i remixy.

TDGM: Promujesz kulturę, której – jak twierdzisz – zawdzięczasz swoje „drugie życie”. Jak to rozumieć?

KOLOROFONIA: Faktycznie rozumieć to można dwojako, ale już spieszę to uściślić. Na początkach swej drogi mocno podkreślałem, że reprezentuję hip-hop, gdyż wówczas jego popularność w naszym kraju była znikoma, dawała więc poczucie pewnej wyjątkowości i jednocześnie nosiła znamiona swoistej misji. Dziś, gdy z niszowej subkultury nurt ten przeistoczył się w niemal dominujący mainstream trend, jego sztywny gorset stał się dla mnie zbyt ciasny. Zaowocowało to chęcią wyjścia poza jego struktury i spojrzeniem na jego zagadnienie nieco z boku. To z kolei otworzyło mi oczy na fakt, że bez względu na to, co aktualnie jest na topie, wspólnym mianownikiem łączącym wszystkie estetyki muzyczne zawsze będzie zjawisko kultury. Bez względu na jej rodzaj czy etykiety, które jej nadajemy. Wyjątkowość hip-hopu polegała na tym, że potrafił połączyć pod jednym sztandarem różne aspekty sztuki, a z czasem zaczął asymilować wszystko, co napotykał na swej drodze. I to chyba najbardziej mnie urzekło. Mogłem rozwijać swoje talenty, pozostając wiernym jednej idei. Dlatego też postanowiłem stać się samozwańczym ambasadorem kultury, ponieważ to ona uczyniła mnie tym, kim dziś jestem.

TDGM: Kim zatem jest dzisiaj Michał „KOLO” Kisielewski, a kim był wcześniej?

KOLOROFONIA: Moja dzisiejsza odpowiedź na to pytanie z każdym dniem będzie coraz bardziej nieaktualna. (śmiech) Na swojej drodze przechodziłem tyle metamorfoz, że z czasem przywykłem do powitań: „nie poznałem Cię, będziesz bogaty!”. I mieli rację, choć z czasem dostrzegłem, o jakie bogactwo tu chodzi i że nie należy mylić go z zamożnością. Faktycznie na przestrzeni lat gromadziłem w sobie mnóstwo wiedzy i doświadczeń, by nie tylko w przyszłości z nich korzystać, ale i móc się nimi dzielić. Muzyka umożliwiła mi to w sposób najlepszy z możliwych. Dziś Michał Kisielewski to poważny facet mający dla większości zupełnie niepoważne zajęcie, a „KOLO” to jego muzyczny i sceniczny przydomek oraz swoiste alter ego pozwalające na uwolnienie tkwiącego w nim szczenięcego entuzjazmu i uzasadniające młodzieżowy sposób bycia. To również element odróżniający go od wielu innych Michałów Kisielewskich, których można spotkać w naszym kraju, z których bez wątpienia każdy ma ksywę „Kisiel” (śmiech). Ja z tego powodu, jak i z szacunku do słynnego Stefana Kisielewskiego, z którym to przede wszystkim kojarzy mi się ten przydomek, nie używam tej ksywy i nikt też dziś tak się do mnie już nie zwraca, choć np. mój brat znany jest właśnie jako „Kisiel”.

TDGM: Nie wydaje Ci się, że pierwotny duch hip-hopowej kultury został pogrzebany już jakiś czas temu?

KOLOROFONIA: Nie. Owszem, uważam że został zarzucony, zaniedbany czy pominięty przez część współczesnych artystów, którzy, podobnie jak ja, posługują się rapem jako narzędziem do przekazywania treści. Rap ten następnie zabrali w nowe rejony, tworząc swoiste „odłamy” czy hybrydy tego gatunku, ale mam wrażenie, że zapomnieli, czym jest i jakie wartości niesie hip-hop, bądź zwyczajnie nie zabrali ich tam ze sobą, bo stały się dla nich niewygodne. I choć nurt ten nadal jest niebywale elastyczny i wystarczająco pojemny, by w jego obrębie połączyć te nieraz skrajne postawy, to pierwotna idea, z której się narodził, powinna być jego fundamentem. Jeśli jednak przyjrzeć się, jaki rap dominuje obecnie w tzw. pierwszym obiegu, to nie dziwmy się, że dla wychowanych na wtórnej fali odbiorców KOLOROFONIA nie kojarzy się z hip-hopem, ani nawet z rapem (śmiech). Wielu brakuje punktu odniesienia do klasyki, na jakiej ja się wychowałem, więc dopóki nie zobaczą w jej różnorodności i odmienności wartości, jaka z niej płynie, dopóty będą jak te dzieci, które myślą, że jak zamkną oczy, to potwór zniknie (śmiech). Nie, KOLOROFONIA nie zniknie! Wręcz przeciwnie. I radzę się do tego przyzwyczaić.

TDGM: Twoje teksty to 100% pozytywnego przekazu. Piszesz je, by motywować siebie czy odbiorców?

KOLOROFONIA: Zgadnij! Oczywiście, że siebie! Jeśli udaje się zmotywować kogokolwiek poza mną, to jest to „uroczy” wypadek przy pracy. Ale oby takich jak najwięcej (śmiech). Dodam, że początkowo nie planowałem tych nagrań upubliczniać, gdyż miałem pełną świadomość, jak różne jest to od aktualnie panujących trendów i to nie tylko w obrębie gatunku, w jakim się poruszam, ale i ogólnie muzyki, z którą zetknąłem się dotychczas. Dopiero po sugestiach przyjaciół postanowiłem dać zarówno tej muzyce, jak i jej potencjalnym słuchaczom szansę na poznanie się. Myślę, że z pozytywnym skutkiem. Odnalazła ona swoją niszę, choć słowo nisza faktycznie odzwierciedla jej miejsce zbyt dosłownie (śmiech).

TDGM: To ciekawe, bo emanujesz jako człowiek pewny siebie, doskonale znający swoją wartość i świadomy tego, ile niepewności i kompleksów jest w ludziach. Byłam przekonana, że „niesiesz dobre słowo” przede wszystkim właśnie innym ludziom…

KOLOROFONIA: Myślę, że to jest właśnie efekt tej muzyki. Po prostu chciałbym być najlepszym przykładem na to, że za sprawą muzyki i emocji, które ze sobą niesie, można zmienić nie tylko światopogląd, ale i samego siebie. Ta muzyka pierwotnie wypłynęła ze mnie, po czym wrosła we mnie, a ja urosłem na niej. Inspiracja jest ziarnem, talent narzędziem do jego uprawy, ale glebą, na której ma ono szansę wzrosnąć, jest zawsze słuchacz. A ja byłem i jestem pierwszym jej słuchaczem. Jeśli więc przemnożyć to przez ilość odsłuchów, najpierw w trakcie tworzenia, a potem jeszcze podczas wszystkich koncertowych wykonań, to pokazuje to, jak wielka siła tkwi w muzyce, jeśli „naładujemy” ją odpowiednią „amunicją”.

TDGM: Organizujesz też happeningi. Jaki jest ich zamysł?

KOLOROFONIA: Powstały w wyniku potrzeby realizacji pewnej misji, która wypłynęła w czasie pierwszego koncertu, jaki zagrała KOLOROFONIA. I to na długo jeszcze przed nagraniem debiutanckiej płyty. Ta twórczość już wówczas wymagała pewnej oprawy, swoistego wprowadzenia oraz uzupełnienia, a zarazem klamry. Idealnym narzędziem do tego stało się tzw. „słowo mówione”, które jednak, na co zwracano mi niejednokrotnie uwagę, znacząco wpływało na dramaturgię koncertów. Potrzeba ta jednak okazała się tak silna, że postanowiłem kontynuować tę formułę pod szyldem happeningów właśnie. W ten sposób mogłem przenieść swe występy na ulicę, nie martwiąc się jednocześnie, że z czasem te proporcje odwróciły się i to muzyka stała się uzupełnieniem tych monologów. W ten sposób moja chęć koncertowania i potrzeba dzielenia się swymi spostrzeżeniami i doświadczeniami oraz silny pęd ku niezależności stały się ich motorem napędowym. W pierwszym roku, poza kilkoma wyjątkami, były one stosunkowo krótkie. Grałem jeden numer, który miał swoje wprowadzenie, a zarazem uzasadnienie i zakończenie. Przez wakacyjny okres jednak rozkręciłem się trochę i pod koniec sezonu potrafiłem dać nawet godzinny występ. Najdłuższy był bodajże urodzinowy i trwał grubo ponad półtorej godziny. Kolejny rok przyniósł zmiany i zdecydowanie dłuższe występy, choć nadal zdarzały się te krótkie i incydentalne. Zmieniła się również ich częstotliwość. Dotąd było to raczej weekendowe granie. Dwu- czy trzydniowe z małymi wyjątkami na granie w środku tygodnia i to głównie na życzenie zainteresowanych. Od następnego roku zacząłem udzielać się od poniedziałku do piątku, dla odmiany, co dało mi do dyspozycji jeszcze więcej dni w sezonie i więcej komfortu w razie niepogody, jak również uwolniło mój czas w weekendy, który mogłem poświęcić na właściwe granie. Ubiegłoroczne natomiast okazały się być naprawdę „pełnometrażowe” i zorganizowane, a ich długość regularnie przekraczała długość zwykłego koncertu, choć materiał wykonywany w ich trakcie pokrywał się niemal z tym, jaki pojawia się na koncertach. Najdłuższy trwał bite dwie godziny, z czego połowę tylko stanowiła muzyka. Regularnie też nagłaśniał je solidny sound system, choć na te spontaniczne nadal wystarczała moja przenośna, zasilana wbudowanym akumulatorem „szczekaczka”. Na samym początku sądziłem, że uda mi się zaszczepić w lokalnych artystach chęć wspólnego grania. Niestety, pomimo kilku udanych mimo wszystko akcji, nadal nie pojawiła się z ich strony inicjatywa do samodzielnych występów. Mam jednak nadzieję, że z czasem upowszechnią się one na tyle, by przestać kojarzyć się wyłącznie ze mną, a zaczną z muzykowaniem po prostu i to niekoniecznie zarobkowym. Kto nie był na takim happeningu, koniecznie powinien choć raz zobaczyć to na żywo. A jeszcze lepiej pomóc zorganizować podobny w swoim mieście!

TDGM: Realizujesz happeningi wyłącznie z własnej inicjatywy czy bywa tak, że ktoś je Tobie „zleca”?

KOLOROFONIA: Nikt ich nie zleca, natomiast każdy może pomóc w ich organizacji, zapraszając mnie np. do swego miasta. Często podkreślam, że z przyjemnością pojawię się wszędzie tam, gdzie jeszcze mnie nie było. Należy jednak rozróżnić happening od regularnego koncertu. Są to zdecydowanie dwie różne formy, którym towarzyszą zupełnie odmienne formy aktywności i dominuje w nich inna skala emocji. O ile happeningi traktuję dość poważnie i nie ma w nich miejsca na wygłupy sceniczne, to scena wyzwala we mnie jednak zupełnie inne emocje i tam jest dużo zabawniej, śmieszniej i często też swobodniej. Uważam, że wiedza jako taka należy się ludziom ode mnie za darmo, ponieważ sam nabyłem ją od nich gratis, natomiast rozrywka, jaką daję poprzez koncerty, jest elementem mojego wypracowanego przez lata warsztatu i kunsztem, który kosztował lata praktyki, stąd należy potraktować to jako coś, za co nie tylko wypada, ale i warto zapłacić. Póki co, aktywności te nadal się przenikają, gdy w trakcie happeningu uda się np. sprzedać kilka płyt, a w drugą stronę, kiedy gram koncert na imprezie charytatywnej, mam możliwość żonglowania tymi emocjami i budowania na nich skrajnie różnych widowisk. Z tego też względu nie ma i nie było dotąd dwóch identycznych koncertów lub happeningów. To zapewne pozostałość po moich wczesnych rapowych zajawkach, kiedy na każdym kroku szlifowałem freestyle. Dziś improwizuję w trakcie występów, choć już nie w kwestii treści, a ich formy i doboru repertuaru.

TDGM: Jakie masz plany na przyszłość?

KOLOROFONIA: Ambitne (śmiech)! Choć w zasadzie nic z tego, co dotąd się wydarzyło, nie było szczegółowo zaplanowane, a po prostu „zadziało się”, to zawsze stawiam sobie wysoko poprzeczkę. Ten rok to ostatnie chwile na promocję pierwszej płyty i równocześnie praca nad kolejną, a w międzyczasie tyle, ile uda się wycisnąć z życia i udźwignąć na własnych barkach. Kolejny klip, kolejny sezon koncertowy, kolejne happeningi. I kolejni ludzie, których poznanie otworzy nowe możliwości. Muzyka zabrała mnie w podróż, nie obiecując nic, poza przygodą życia, która realizuje się na moich oczach.

[KJ/TDGM]

Reklamy