Limboski – o nowej płycie i dotychczasowej twórczości [WYWIAD]

Limboski

Limboski

Niektórzy myślą, że Limboski to jego nazwisko. Niewiele osób wie, ile nagrał do tej pory płyt. Emanuje charyzmą i swoistą tajemnicą. Jego muzyka przykuwa uwagę i nieważne, że na co dzień preferuje się zupełnie inne brzmienia. Kilka dni temu, 21 października, nakładem Sony Music ukazał się siódmy krążek Michała Augustyniaka, który odpowiedział na kilka naszych pytań.

TDGM: Kiedy włączyłam odsłuch płyty „W trawie. I inne jeszcze młode”, z pokoju obok szybko dotarło do mnie pytanie: „ty słuchasz Maleńczuka?”. I nieco się zdezorientowałam. Ponieważ pytanie padło jeszcze podczas utworu pt. „Świat to kwiat”, sprawdziłam trzy razy, zanim odpowiedziałam: „nie, to Limboski”. Pierwsze wrażenie faktycznie jest silne – brzmisz jak Maleńczuk. A że mamy takie czasy, że muzyków się porównuje… to dobre skojarzenie czy niekoniecznie?

Limboski: Mam podobną barwę głosu. To porównanie przewija się, odkąd zacząłem śpiewać. Ale wiesz, pomijając chęć bycia wyjątkowym, jedynym i wspaniałym, to przecież Maleńczuk ma bardzo piękny głos, jest inteligentnym, czasami czarującym panem, więc to porównanie sprawia mi w gruncie rzeczy przyjemność. Wszyscy jesteśmy takimi chodzącymi kopiami tysięcy innych ludzi, których widzieliśmy w życiu. Muzycznie też nikt za bardzo nie odkrywa Ameryki. A jak słyszysz coś nowego, to lubisz to porównać do czegoś, co znasz. Tak po prostu działa umysł. Także nie oceniam tego, czy to dobre skojarzenie, czy niedobre.

TDGM: Nie znam (jeszcze) Twoich wcześniejszych płyt, ale w materiałach prasowych, które otrzymałam od Sony, przeczytałam, że „W trawie. I inne jeszcze młode” to esencja Twojej dotychczasowej twórczości, tej polskojęzycznej. Czy mogę zatem nastawić się na to, że gdy już sięgnę po Twoje wcześniejsze płyty, usłyszę ten sam klimat, co na krążku, który ukazał się 21 października?

Limboski: Jeśli rzeczywiście sięgniesz po poprzednie płyty, znajdziesz tam te klimaty i dużo więcej. Wszystkie były efektem jakiegoś wysiłku, pracy wielu ludzi, mojego zespołu… Po prostu były wydawane przez małe wytwórnie albo sam je tłoczyłem i sprzedawałem na koncertach. To trochę takie dzieci wojny – cały czas żyją gdzieś w ruinach, polują na szczury i mają swoje tajemne życie. Ale nigdy nie zaistniały w tak zwanym mainstreamie, prawie nikt ich nie zna. Można ich posłuchać na stronie limboski.bandcamp.com.

TDGM: A co z Twoją angielskojęzyczną twórczością? Czy Michał Augustyniak śpiewający po polsku, różni się w jakiś sposób od tego, który śpiewa po angielsku?

Limboski: Angielski to taki ładny kostium. Wszystko brzmi tak ładnie i nie boli. Nagrałem kilka lat temu płytę z przedwojennym amerykańskim bluesem, a kilka miesięcy temu wyszła płyta „One Man Madness”, gdzie gram swoje piosenki po angielsku. To płyta nagrana na taśmę analogową wyłącznie z użyciem starych lampowych mikrofonów i sprzętu z lat 60. Bardzo ją lubię. Mam też taki barbarzyński akcent po angielsku, polecam.

TDGM: Zapytałam o tę różnicę, ponieważ Twoja twórczość to przede wszystkim teksty, a ja trochę nie mogę się zdecydować, czy uwagę skupiać właśnie na nich, czy jednak na kompozycji, na brzmieniu tak w ogóle. Słuchając Ciebie w „polskiej wersji”, niełatwo jest tak po prostu traktować Twój wokal jako instrument, chociaż masz bardzo ciekawą barwę głosu. Tekstu jest dużo, te linijki nie zapadają w pamięć tak po prostu, Twoich piosenek trzeba posłuchać więcej niż raz. Co Ciebie interesuje bardziej? Teksty czy brzmienie Twoich utworów?

Limboski: Ja piszę w tym samym momencie tekst i melodię. Niektórzy najpierw komponują całą piosenkę, bełkocząc coś po „norwesku”, a potem próbują dołożyć do tego słowa, które będą miały jakiś sens. Więc to jest chyba jakaś różnica, która sprawia, że tekst jest dla mnie równie ważny co brzmienie i melodyka.

TDGM: Co w ogóle spowodowało, że zajmujesz się właśnie muzyką, a nie czymś innym?

Limboski: Wiesz, wuj pewnego ważnego bluesmana z lat 30., Roberta Johnsona, powiedział podobno coś w stylu: „ten chłopak po prostu nigdy nie chciał jak człowiek stanąć za mułem i zaorać pola!” i to jest chyba samo sedno. Ja nigdy nie chciałem tak po prostu skończyć studiów i pójść do pracy. Długo siedziałem w pokoju, grając na gitarze, a kiedy byłem już dorosły, zrozumiałem, że nic innego już nie mogę robić.

TDGM: Scena alternatywna sceną alternatywną, ale nawet na tej jesteś postacią wyjątkową. Oryginalny artysta uszczęśliwia ludzi zmęczonych wtórnością, której w muzyce, niestety, nie brakuje. Nie wpisując się jednak w aktualnie panujące trendy, trudno o szersze grono słuchaczy. Czy zatem ta oryginalność uszczęśliwia tak do końca samego artystę?

Limboski: Ja nie mogę o takich rzeczach za dużo myśleć, bo one mogą zakłócić mój kontakt z takim pierwotnym duchem radości z muzyki. Ja bardzo długo byłem sam z tym wszystkim i czasami się poddawałem. Np. po premierze płyty „Verba Volant”, której nagranie kosztowało dużo pieniędzy, i która w ogóle się nie sprzedała, a nawet ledwo kto ją zauważył… Powiedziałem wtedy chłopakom z zespołu, że to koniec. Zawiesiłem zespół. Grałem tylko kameralne koncerty solo, żeby zarobić jakoś na życie. Myślałem, że już żadnej płyty nie nagram. Więc sama oryginalność, satysfakcja nie wystarcza, bo żeby zespół mógł funkcjonować, to musi zarobić chociaż na paliwo i na pizzę. A to wcale nie jest takie proste. Ale ja przetrwałem w takiej przetrwalnikowej formie do teraz. Mój zespół poczekał i teraz powoli wracamy do akcji.

TDGM: Czy jest coś szczególnego, co chcesz przekazać poprzez swoją muzykę?

Limboski: Nie, nie mam nic szczególnego do powiedzenia. Pisząc teksty, pozwalam tylko, żeby coś się wydostało. To takie wykwity – może mojej podświadomości, może podświadomości zbiorowej, nie wiem. Ja przecież nie zacząłem pisać piosenek, żeby powiedzieć coś szczególnego, po prostu nagle odkryłem, że to, co robię, to piosenki. Ale z drugiej strony żyję na tej samej ziemi, przeżywam podobne rzeczy co wszyscy, więc jeśli o czymś piszę, to ktoś może znaleźć w tym coś szczególnego. Więc jeśli to się zdarza, to się jakoś bardzo nie dziwię.

TDGM: Słucham głównie polskiego rapu. Z przerwami na nowoczesną elektronikę, tę, którą nierzadko określa się również jako plastikową. Tymczasem przez pół wieczoru zapętlam Limboskiego, który absorbuje moją uwagę. To charyzma? Talent?

Limboski: Nie wiem. Podejrzewam, że wszystko się w końcu nudzi – nawet polski rap albo elektronika. Ja na przykład, szczerze mówiąc, bardzo rzadko słucham jakichkolwiek piosenek. Wolę muzykę etniczną, muzykę takich kompozytorów jak Arvo Part albo Philip Glass. Lubię też czasem elektronikę. Nie ma w tym nic specjalnego. Po prostu zdarzyło się tak, że te nagrania pojawiły się u Ciebie na pół wieczoru. Nie wszystko musi mieć powód. Tak myślę.

TDGM: Na Twoim fan page’u znalazłam wzmiankę o tym, że zimą będziesz nagrywał nową płytę i drżysz na myśl o tym. To z radości czy niecierpliwości? Bo chyba nie z obawy przed czymś, prawda?

Limboski: To raczej z radości. Ale to trochę tak, jak wtedy, gdy widzisz, że zanosi się na coś, na przygodę, na pocałunek, na romans albo na bójkę. Widzisz, że zbliża się coś, co już znasz, ale do końca nie wiesz, jak to wszystko się potoczy. Trochę się cieszysz, a trochę boisz. Wydaje ci się, że tyle już przeżyłeś, ale przewidzieć, co się stanie, nie potrafisz. Więc to jest takie zdrowe dygotanie.

[Katarzyna Janik/TDGM]

Advertisements