Ralph Kaminski „Morze” [RECENZJA]

Ralph Kaminski "Morze" Fonobo / 14.11.2016

Ralph Kaminski „Morze”
Fonobo / 14.11.2016

Pewnie doskonale wiecie, jak łatwo jest rzucić tekstem „płyta roku!”, kiedy wydany zostaje album, który ogromnie Wam się podoba już po pierwszym odsłuchu. Pewnie niektórzy z Was serwują takie hasło kilka razy w roku, a potem przychodzi końcówka grudnia i żeby „uczciwie” wybrać rzeczoną płytę roku, trzeba się porządnie natrudzić, żeby faktycznie wskazać tylko jedną.

„Morze” Ralpha Kaminskiego to zdecydowanie materiał na płytę roku. Co więcej, to faworyt do tytułu debiutanta roku. I tak, oczywiście, że rzuciłam wiadomym tekstem, gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki trzynastej pozycji z tracklisty. Następnie włączyłam krążek jeszcze raz i znów, i ponownie, i tak leci od kilku dni. Tylko Ralph, tylko „Morze”. To jest piękna płyta, kawał doskonałej roboty, ogrom silnych emocji.

Wokal, smyczki, fortepian, teksty – wszystko na tym krążku brzmi doskonale. Kompozycje są nie mniej przejmujące niż głos Ralpha. Głos, z którym ten chłopak w imponujący sposób robi sobie, co chce (np. „Mój hymn o Warszawie”), wyśpiewując przy tym świetne teksty (np. „Grudniowa piosenka”). Co lepsze, historie zaprezentowane na „Morzu” opowiadane są nie tylko słowami, ale także muzyką. To tak, jakby Ralph był aktorem na deskach teatru, a muzyka scenografią. No i ta spójność… Ogromna spójność tego albumu wylewa się z każdego utworu. Posłuchajcie „Meybick Song”, zwróćcie uwagę, jak zmienia się nastrój, tempo, jak tam wszystko do siebie pasuje w każdej sekundzie tego kawałka – majstersztyk.

Za chwilę koniec listopada, potem będzie grudzień, mniejsze lub większe plebiscyty. Ralph się w nich znajdzie, „Morze” się w nich znajdzie. I zgarną wysokie noty. To oczywiste. Obok tego albumu nie sposób bowiem przejść obojętnie, ale czytanie o tym nie jest najlepszą opcją. O takich płytach chyba w ogóle nie powinno się rozmawiać – ich się po prostu słucha.

5/5

[Katarzyna Janik/TDGM]

Reklamy