Highly Suspect „The Boy Who Died Wolf” [RECENZJA]

Highly Suspect "The Boy Who Died Wolf" Sony Music / 18.11.2016

Highly Suspect „The Boy Who Died Wolf”
Sony Music / 18.11.2016

Kiedy wracam myślami do czasów dzieciństwa i towarzyszącym mu brzmieniom, trudno przywołać mi coś innego niż gitarowe dźwięki muzyki rockowej. Najpierw były to zespoły słuchane przez mojego tatę, a następnie grupy, do słuchania których zachęcali mnie szkolni koledzy. Nie umknęła mi zatem ani twórczość Pink Floyd, AC/DC czy Scorpions, ani też Nirvany czy Pearl Jam. I chociaż na przestrzeni lat moje muzyczne horyzonty znacząco się poszerzyły, te surowe gitarowe dźwięki wciąż potrafią uderzyć w odpowiednią strunę, by przypomnieć o swoim istnieniu i wywoływanych we mnie odczuciach. Nie mogłam zatem przejść obojętnie obok nowej płyty Highly Suspect zatytułowanej „The Boy Who Died Wolf”.

Słuchając tego krążka, początkowo można odnieść wrażenie, że jest mocno zakorzeniony w klasycznym rockowym brzmieniu, ale nie do końca jest to zgodne z prawdą. Poza nawiązującymi do końcówki lat dziewięćdziesiątych kawałkami jak „For Billy”, „Look Alive, Stay Alive” czy „Serotonia”, na tym albumie można usłyszeć również bardziej zaskakujące numery, jak np. bardzo emocjonalny i rewelacyjnie wykonany „My Name Is Human” czy zupełnie odbiegający od całości fortepianowy utwór pt. „Chicago”. Na uwagę zasługują także klimatyczny „Send Me an Angel”, który chyba śmiało można zaliczyć do kategorii rockowej ballady, jak również „F.Y.W.T.” ze świetnym bitem, któremu bliżej do trip-hopowej niż rockowej kompozycji.

„The Boy Who Died Wolf” ma jeszcze jeden bardzo kluczowy atut, a jest nim zdecydowanie wokal Johnny’ego Stevensa. Johny nie tylko posiada ciekawą barwę głosu, ale też rewelacyjnie ją wykorzystuje. Odpowiednio modulując wokalem, nadaje każdemu kawałkowi inny charakter, ale też buduje właściwy dla danego utworu nastrój oraz wzbudza pożądane emocje.

Drugi krążek Amerykanów z Highly Suspect to dobra i zróżnicowana płyta. Choć słychać na niej sporo wpływów z lat dziewięćdziesiątych, to Johnny, Rich i Ryan wyraźnie zaznaczają tym albumem, że mają do zaprezentowania coś więcej i chcą wnieść do tej muzyki coś swojego, a że przy okazji przypominają lubianych przez odbiorców gitarowego grania idoli, to tym przyjemniej się ich słucha.

4/5

[Magda Rogóż/TDGM]

Reklamy