Sambor „Umbra” [RECENZJA]

Sambor "Umbra" 6 stycznia 2017

Sambor „Umbra”
6.01.2017

Umówmy się – zima nie jest zbyt wdzięczną porą. Szczególnie wtedy, gdy na zewnątrz jest przeraźliwie zimno, szaro-buro i ponuro, w dodatku brakuje śniegu i tego charakterystycznego skrzypienia pod butami. Jedynym co wówczas pozostaje, to zaszyć się pod kocem z dobrą książką albo dobrą płytą, która sprawi, że zrobi się choć odrobinę cieplej. I to też miało miejsce w przypadku pierwszej w tym roku płyty, która wpadła w nasze redakcyjne ręce, czyli najnowszego krążka zespołu Sambor zatytułowanego „Umbra”.

Oczywiście pewnym paradoksem może być odnoszenie się przy tym albumie do ciepła. Jeśli bowiem skupić się na warstwie tekstowej i ogólnym przekazie „Umbry”, można pokusić się o stwierdzenie, że ta płyta jest wręcz kwintesencją zimowego stanu. Stanu melancholijnego zawieszenia, kiedy brak słońca pozbawia nas energii do działania. Niby nowy rok, nowi my, nowe wyzwania, a jednak bliżej nam do tych momentów, kiedy szukamy sensu, a w myślach gonimy za szczęściem czy poczuciem spełnienia, nie potrafiąc dogonić tego w rzeczywistości. Aczkolwiek te smutne piosenki, które zwykle kojarzą się z akustycznym brzmieniem gitary, wybrzmiewając z „Umbry” na syntezatorowych podkładach, przyciągają jak do ognia.

Być może dlatego, że pomimo wymownych tekstów to jednak warstwa muzyczna zdecydowanie przeważa na tym krążku. Głębokie linie basów, przestrzenne pogłosy i brzmienie analogowych syntezatorów w połączeniu z ciepłym wokalem Sambora stanowią piękne tło dla smutnych opowieści, budując tej tytułowej najciemniejszej strefie cienia dość przyjemną aurę, dzięki której trudno się od tej płyty oderwać, a przy tym łatwo się w niej zatracić. W tym momencie nie mogę nie wspomnieć o ostatniej kompozycji na trackliście, czyli utworze pt. „Galapagos”. Może i łatwo jest pisać piosenki o miłości, szczególnie tej nieszczęśliwej, ale TAK pisać potrafią nieliczni, a „Galapagos” od stycznia zalicza się u mnie do tych kawałków o miłości, które zyskują miano „piosenek wszech czasów”.

Szkoda tylko, że z dobrymi albumami, które wydawane są na początku roku, jest swoisty kłopot. Z jednej strony bowiem dają słuchaczowi poczucie nowości, świeżości, sprawiają, że już od stycznia człowiek cieszy się tym, że pod względem muzycznym to będzie dobre dwanaście miesięcy. Z drugiej jednak, niestety, na koniec roku takie płyty bywają pomijane w podsumowaniach, przytłoczone ilością tego, co w ciągu roku pojawia się na rynku, popadają w niepamięć. Mam zatem ogromną nadzieję, że tak nie będzie w przypadku „Umbry”.

5/5

[Magda Rogóż/TDGM]

Advertisements