Sophie Ellis-Bextor „Familia” [RECENZJA]

Sophie Ellis-Bextor "Familia" Sony Music / 9.09.2016

Sophie Ellis-Bextor „Familia”
Sony Music / 9.09.2016

Kiedy na początku 2014 roku ukazał się piąty krążek Sophie Ellis-Bextor, zatytułowany „Wanderlust”, stylistyczna wolta, jakiej dokonała Brytyjka, okazała się zaskoczeniem. Album w pierwszym tygodniu sprzedaży trafił na piątą pozycję UK Album Chart. „Wanderlust” napisany wespół z Edem Hartcourtem to „songwriterski zwrot” w karierze Sophie, a wspominam o nim dlatego, że wydana ponad dwa lata później „Familia” kontynuuje obrany przez wokalistkę kierunek i pokazuje, że Ellis-Bextor staje się songwriterką z krwi i kości.

Sophie niejednokrotnie podkreślała, że „Familia” to „młodsza siostra” poprzedniego albumu. Wiele w tym prawdy, bowiem nowa płyta Ellis-Bextor porusza się w tych samych rejonach stylistycznych, lecz jest dojrzalszym materiałem, który pokazuje, że wokalistka świetnie czuje się w tym zestawie brzmień i jej chwilowe rozstanie z popem nie było przypadkiem. Brytyjka często zaznacza, że jej ostatni album inspirowany jest kulturą Ameryki Południowej, a ściślej – Meksyku. Influencje te są raczej widoczne w wizualnej oprawie „Familii” oraz strojach przywdziewanych przez Sophie, niż w warstwie muzycznej, chociaż dwa utwory sięgają do charakterystycznych dla tego regionu brzmień – „Hush Little Voices” oraz zamykający album „Don’t Shy Away”. Daje się odczuć, że „Familia” jest (pewnie m.in. za sprawą meksykańskiego słońca) o wiele bardziej „tanecznym” albumem niż „Wanderlust”. Tanecznym słusznie ujętym w cudzysłów, bowiem pierwszy, zapowiadający album singiel, „Come With Us”, to chyba najlepszy przykład połączenia tanecznego i żywiołowego oblicza Sophie z bardziej klasycznym podejściem do komponowania, pozbawionym nadmiernej elektroniki. Otwierający zestaw „Wild Forever” to również dynamiczny i rozbłyskujący słońcem „opener”. Gdy zestawimy go z koturnowym „Birth of an Empire” z „Wanderlust”, łatwo zauważyć, jakim śladem podążają oba ostatnie albumy. Na „Familii” nie brakuje oczywiście „monumentalnych ballad”, których niedoścignionym wzorem jest dla mnie „Move This Mountain” z debiutu Sophie z 2001 roku. Do takich wzniosłych momentów zalicza się „Death of Love”, który – mimo dość powtarzalnej struktury – nie daje o sobie zapomnieć dzięki charakterystycznej gitarze, która buduje łatwo zapamiętany (czyli również nieskomplikowany) riff, syntezatorom w refrenie oraz charakterystycznemu sposobowi jego zaśpiewania przez Ellis-Bextor, nisko, głęboko, niemalże deklamująco. „Here Comes the Rapture” jest oparty głównie na smyczkach, przez co nabiera podobnego charakteru. Niejedna wokalistka pop mogłaby pozazdrościć takiego utworu. Przeciwwagą dla takich momentów, dość jednostajnych, jest utwór o najbardziej niejednorodnej, dynamicznej strukturze, zaskoczenie na płycie, czyli „My Puppet Heart”, który w warstwie tekstowej nawiązuje do udziału Sophie Eliis-Bextor w brytyjskim „Tańcu z gwiazdami”. Trochę na uboczu pojawiają się „Cassandra” czy „The Saddest Happiness”.

Po dwóch songwriterskich albumach ciekaw jestem, w jakim kierunku podąży Sophie Ellis-Bextor. Póki co, warto posłuchać jej na żywo, a taka okazja nie zdarza się często w Polsce. 8 marca wokalistka wystąpi w Warszawie, będzie to jej pierwszy klubowy koncert nad Wisłą od 15 lat. Fani „Murder on the Dancefloor” na pewno usłyszą ten utwór, a inni z pewnością będą pod wrażeniem tego, w jakiej formie jest teraz Brytyjka, która w tym roku obchodzi 20-lecie kariery muzycznej, którą rozpoczęła w zespole theaudience.

4/5

[Kamil Osękowski/TDGM]

Advertisements