Pepe. – o emocjach i muzyce [WYWIAD]

Pepe. / fot. Maja Musznicka

Piotrek Rajski, bo tak naprawdę nazywa się Pepe., tworzy muzykę elektroniczną. Standard? Jedynie jako prasowy opis artysty, bo jego twórczość absolutnie standardowa nie jest. Wszystko to za sprawą emocji, które wylewają się nie tylko z utworów Piotrka, ale i z jego melancholijnej aury. Koniecznie zajrzyjcie do jego świata, słuchając jego muzyki. Z poniższego wywiadu z kolei spróbujcie wyłowić namiastkę jego osoby.

TDGM: Jesteś skrytym człowiekiem?

Pepe: Powiedziałbym nawet, że jestem bardzo skrytym człowiekiem. Zazwyczaj nie mówię głośno, kiedy coś mnie „dusi” wewnątrz. Zwykle trzeba wyciągać takie rzeczy ode mnie i być przy tym baaardzo cierpliwym. Nie wiem, dlaczego tak jest. Może dlatego, że nie uważam się za najważniejszą osobę we wszechświecie i nie lubię, kiedy uwaga innych jest za bardzo skupiona na mnie. Wiem, że to trochę dziwne, zwłaszcza że jestem muzykiem i poświęcanie uwagi mojej osobie mogłoby wydawać się czymś naturalnym, a wręcz pożądanym.

TDGM: „Ukrywasz” w swojej muzyce wydarzenia ze swojego życia, siebie? Bo emocje, tak generalnie, na pewno, sądząc po tym, że – jak powiedziałeś w jednym z wywiadów – muzyka jest dla Ciebie terapią.

Pepe: W moich utworach staram się odnosić do wydarzeń, które miały dla mnie wartość i zdefiniowały mnie jako człowieka. Moje utwory zawsze są formą „rozliczania się” z tym, co zaszło w moim życiu. Bez tego nie byłoby mojej muzyki.

TDGM: „Myślę w muzyce obrazami” – możesz to uściślić?

Pepe: Nie postrzegam muzyki w kategoriach melodii czy rytmu. Dla mnie dany utwór jest obrazem lub sekwencją obrazów, które wizualizują emocje. Odkąd pamiętam, tak właśnie miałem, to przychodzi samo.

TDGM: Muzyki elektronicznej jest wręcz przytłaczająco dużo. Nie boisz się, że Twoja twórczość przepadnie w tym zalewie dźwięków?

Pepe: Wydaje mi się, że muzyka pozbawiona charakteru, która naśladuje trendy, przepada w czeluściach internetu. Tak było, jest i będzie. Na przestrzeni czasu udało mi się wypracować swój własny styl, który nie jest wynikiem jakiejś panującej mody. Mam wrażenie, że ludzie to doceniają i z tego powodu słuchają tego, co robię. Poza tym nie staram się bombardować odbiorcy co chwilę nową muzyką. Lepiej wypuścić nowy utwór, kiedy naprawdę masz coś do powiedzenia i pokazania.

TDGM: To, co robisz, musi się przede wszystkim podobać Tobie, tak? Ale nie tworzysz chyba muzyki tylko dla siebie?

Pepe: Tak, to prawda – to, co robię, musi mi się podobać i to ja jestem pierwszym krytykiem tego, nad czym aktualnie pracuję. Wiadomo, że nie tworzę muzyki do szuflady, ale też nie podchodzę do niej na zasadzie „zostawię to tak, jak jest, bo taki pomysł na pewno spodoba się ludziom”. Liczę się ze zdaniem słuchacza, bo nie jestem alfą i omegą. Nie wiem wszystkiego i traktuję każdą merytoryczną uwagę jako wskazówkę. Poza tym to odbiorca tak naprawdę weryfikuje twój talent, tobie może się tylko wydawać, że go masz.

TDGM: Na swoim fan page’u napisałeś, że „jesteś wesołym człowiekiem, który robi smutną muzykę”. Czyje jest stwierdzenie, że robisz smutną muzykę, Twoje czy odbiorców?

Pepe: W tym przypadku jest pół na pół. Uważam się za wesołego człowieka, który uwielbia żartować i rozweselać innych ludzi. Jednak kiedy chodzi o muzykę, to jest ona melancholijna i mocno refleksyjna. Jest to powszechnie panująca opinia wśród tych, którzy słuchają moich utworów. Powód jest taki, że nie chcę przelewać na ludzi moich negatywnych uczuć. Wolę to robić dźwiękom.

TDGM: Muzyka instrumentalna daje dowolność interpretacji. Czy ktoś Tobie kiedyś powiedział, że robisz fajne, lekkie i radosne piosenki?

Pepe: Raz spotkałem się z takim zdaniem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć tej osobie. Miło, że dla kogoś to, co robię, jest fajne, ale czy lekkie i radosne? No nie wiem. Generalnie staram się tworzyć muzykę, która będzie wymagająca dla słuchacza i zmusi go do myślenia. Mówienie o numerach w kategorii lekkich i radosnych uważam za zbytnie spłycanie. Jest to też nie fair wobec artysty, bo ocenia się go systemem zero-jedynkowym.

TDGM: Do jakiej szkoły muzycznej zapisałeś siebie sam? Było warto? Czego się w niej nauczyłeś?

Pepe: Zapisałem się do szkoły muzycznej pierwszego stopnia. Pewnie, że było warto. Uczący tam ludzie rozkręcili moje poczucie rytmu i słuch. Będę im za to wdzięczny do końca życia. Pewnie gdyby nie oni, nie próbowałbym w ogóle swoich sił w tworzeniu muzyki. Szkoła muzyczna ma jednak jeden minus – uczy dzieciaki schematycznego myślenia. W rezultacie nie potrafią one później obejść się bez nut.

TDGM: W jednym z wywiadów powiedziałeś, że jesteś samoukiem. Opanowałeś jakąś umiejętność do takiego stopnia, że jesteś wybitnie dumny z siebie, że doszedłeś do tego sam?

Pepe: Podchodzę z pokorą do tego, co robię i uważam, że zawsze może być lepiej. Dlatego też trudno mi wskazać jeden taki obszar, w którym byłbym wybitnie dumny ze swoich umiejętności. Jeżeli już miałbym wskazać coś, co lubię u siebie, to byłoby to dawanie samplom nowego kontekstu.

TDGM: Rozpoczynasz prace nad tworzeniem długogrającego debiutu. „Widzisz” już tę płytę?

Pepe: Tak. Będzie to odbiegało od tego, co robiłem do tej pory. Ma to być spójna całość. Mam pomysł na konkretne brzmienie i wiem mniej więcej, jak to osiągnę. Nie pozostało mi nic innego, jak ostro zabrać się do roboty.

[Katarzyna Janik/TDGM]

Advertisements