Lou Doillon – o nowej płycie, potrzebie zmian i byciu outsiderką [WYWIAD]

Lou Doillon

Są takie wywiady, o których wcześniej nie myślimy, których nie planujemy, a okazje do ich przeprowadzenia pojawiają się niespodziewanie. Wówczas bardzo chętnie je wykorzystujemy. Z naszego doświadczenia wynika bowiem, że te niespodziewane rozmowy z artystami wypadają świetnie, czasem nawet dużo lepiej niż te wymarzone. Przy okazji dają nam ogrom satysfakcji i pozwalają poznać nietuzinkowe osoby. Do takich zdecydowanie należy Lou Doillon, z którą miałam okazję porozmawiać telefonicznie. Po rozmowie pozostał niedosyt – zarówno pod względem czasu, jak i formy wywiadu. Chciałabym bowiem poznać Lou osobiście i porozmawiać z nią twarzą w twarz. Czego natomiast dotyczyła nasza rozmowa? Tego dowiecie się z poniższego wywiadu.

TDGM: Właśnie wydałaś swój trzeci album, „Soliloquy”. Zanim do niego przejdziemy, chciałabym zapytać Cię o Twoje odczucia związane z pisaniem kolejnego krążka. Przy drugim albumie bardzo często pojawia się presja, ponieważ słuchacze mają wobec niego pewne oczekiwania. Czy przy trzecim albumie jest już łatwiej?

Lou Doillon: Nie do końca. Wciąż odczuwa się pewnego rodzaju presję. Ale ja na przykład to uwielbiam i już zaczynam trochę się obawiać tego, co będzie przy czwartej płycie. Tego, że nikt nie będzie o niej mówił w taki sposób, jak miało to miejsce przy pierwszym i drugim krążku: „Ooo, jest debiut!”, „Ooo, jest drugi album!”. Przy trzeciej płycie funkcjonuje przeświadczenie, że jeśli uda ci się ją nagrać, to powinno ci się udać nagrać też piątą, więc nie ma już przy tym aż takich emocji.

Mnie zawsze fascynował pomysł zaczynania z nowym albumem wszystkiego od początku. Tym, co podobało mi się najbardziej w przejściu od wydania „Places” do nagrywania „Lay Low”, było przełamanie schematu i możliwość zrobienia czegoś nowego. Tak samo było zresztą w przypadku „Soliloquy”.

Przez jakiś czas zastanawiałam się, co mogę zrobić inaczej i miałam, w sumie, dwie możliwości. Mogłam dalej podążać ścieżką, którą obrałam przy tworzeniu „Lay Low”, czyli opierać się wyłącznie na moim głosie i gitarze. Pomyślałam jednak, że to jest coś, co mogę zrobić sama, więc może bardziej fascynujące byłoby zaproszenie kogoś do współpracy i niekoniecznie musiała być to tylko jedna osoba. Chociażby po to, by móc skonfrontować ze sobą różne punkty widzenia, różne energie i różny styl pracy.

Praca z więcej niż jednym producentem, w różnych studiach w tym samym czasie, była dla mnie dość ryzykowna i przerażająca. Do tej pory pracowałam zwykle z jedną osobą w jednym studiu. Tymczasem musiałam zaufać wielu nowym ludziom i pozwolić im wykonać część pracy za mnie. To było wyzwanie, ale wyzwanie, na które sama się zdecydowałam.

TDGM: Co zatem skłoniło Cię do zmiany podejścia i decyzji o podjęciu współpracy z aż trzema producentami? I jak przełożyło się to na pracę nad albumem oraz jego ostateczny kształt?

Lou Doillon: Zwykle, kiedy piszę piosenki, robię to wyłącznie z gitarą akustyczną. Następnie tworzę demo – nagrywam gitarę, słowa, melodię i przekazuję producentowi, by mógł coś zmienić, przerobić w ostatecznym kształcie numeru. W przypadku tego albumu, kiedy już napisałam wszystkie kawałki, chciałam najpierw sama zamknąć się w studiu i popracować nad nimi, żeby lepiej je zrozumieć. Chciałam bowiem, żeby każda piosenka stanowiła oddzielny byt.

Razem z Nicolasem Subrechicotem – jednym z moich producentów – oraz z François Poggio, moim gitarzystą, pracowaliśmy nad każdym kolejnym utworem w taki sposób, jakby każdy z nich miał być wypuszczany oddzielnie, a nie jako część albumu. W momencie kiedy miałam wszystkie demówki, okazało się, że każda piosenka tak bardzo różni się od pozostałych, że byłoby naprawdę trudno znaleźć jednego producenta, który chciałby pracować nad nimi wszystkimi. Cała tracklista przypominała trochę menu restauracji, z którego można po prostu wybrać jeden numer.

Kiedy zaczęłam spotykać się z producentami, okazało się, że każdemu z nich podobał się inny kawałek. Pomyślałam więc: „Cholera, jak znajdę jednego, któremu spodobają się wszystkie?!”. Wówczas wpadła mi do głowy myśl, że może skoro ja sama jestem tworem złożonym ze skrajności i jest we mnie i ciemna, i słoneczna strona, powinnam poprosić każdą z osób, z którymi chciałabym pracować, by wybrały sobie utwory, które wyprodukują. Nad kilkoma piosenkami zaczęłam więc pracować z Benjaminem Lebeau, nad innymi z Danem Levym, a znalazły się też takie utwory, których nie chciałam oddawać żadnemu z nich i zostawiłam je dla siebie, i Nicolasa. Jest jeszcze kawałek pt. „It’s You”, który chciałam przekazać Cat Power, żeby wyprodukowała go w taki sposób, jak jej się podoba.

W zasadzie to wszystko zadziało się samoistnie, bez jakiejś większej refleksji z mojej strony. Natomiast ten album jest mi prawdopodobnie najbliższym z tego, co do tej pory zrobiłam. Głównie ze względu na to, że zawiera w sobie wszystkie moje paradoksy. Nie wydaje mi się, żeby znalazł się producent, który zrozumiałby wszystkie moje odsłony i potrafił złożyć je w całość tak, jak wyszło to ze współpracy z tymi wszystkimi ludźmi.

TDGM: A czy w przypadku „Soliloquy” również odczuwałaś potrzebę stworzenia sobie nowej niewinności, jak to miało miejsce przy powstawaniu „Lay Low”? Po ukazaniu się Twojego drugiego krążka powiedziałaś bowiem, że na czas jego tworzenia musiałaś wykreować sobie ją na nowo, bo tę pierwotną utraciłaś przy wydaniu debiutu.

Lou Doillon: Zdecydowanie. Wydaje mi się, że po prostu za każdym razem muszę zmieniać proces tworzenia, w przeciwnym razie zaczynam się nudzić. Zmiana sposobu pisania, sposobu tworzenia demo, a później sposobu współpracy z producentami były dla mnie nowością, ale także wzywaniem. Chciałam bowiem przekonać się, czy w ogóle jestem w stanie wyprodukować jakąś piosenkę. Czy jestem w stanie wykreować własną wizję. Przekazać muzykom dokładnie to, czego chcę. Czy jestem w stanie stanąć przed producentem i powiedzieć mu, że coś mi się nie podoba i że chcę to zrobić inaczej.

Przy tej płycie chciałam odkryć swoje granice, ale również mieć odwagę stanąć murem za tym, co robię i zdecydować, że nie chcę się już za niczym chować. Jeśli więc podoba Ci się ten album, to jestem z tego powodu bardzo dumna. A jeśli nie, to i tak będę go bronić, bo jest dokładnie taki, jaki chciałam, żeby był.


TDGM: „Soliloquy” bardzo mi się podoba. Słuchałam go kilkakrotnie przed naszą rozmową i jestem pod wrażeniem. Dostrzegam w nim pewną grę znaczeniami. Na przykład w kontekście tytułu. Powiedz mi, proszę, co dla Ciebie oznacza „Soliloquy”? Co rozumiesz przez ten tytuł?

Lou Doillon: Kiedy pracujesz na polu kreatywnym, jedynym przewodnikiem jakiego możesz mieć, jesteś Ty sama. Kiedy pracujesz jako lekarz, możesz przeprowadzić dobrą lub złą operację. Nie ma niczego pomiędzy. Ale kiedy piszesz piosenkę, nigdy nie wiesz, czy to, co napisałaś, jest dobre, czy nie. Części osób będzie się podobała, części nie. To dość abstrakcyjne. Jedynym sędzią w tym przypadku może być Twój wewnętrzny głos, wewnętrzna osoba ukryta w Tobie. Kiedy piszę, mój wewnętrzny głos jest zatem jedynym krytykiem, jakiego dopuszczam do głosu.

Ale podoba mi się również drugi aspekt tytułu „Soliloquy”, jakim jest odniesienie do teatru. Przywodzi mi na myśl „Hamleta” Szekspira i to, że ciągle sami siebie stopujemy. Na przykład ja potrzebuję niekiedy czasu, żeby zrozumieć pewne rzeczy, żeby je przetrawić albo żeby przygotować się na działanie.

Zatem sam tytuł odzwierciedla zarówno ideę dialogu z samym sobą, ale także z publicznością. W tym tytule jest swego rodzaju humor, ponieważ angażuje publiczność, zawiera w sobie element dramatu, ale też przedstawienia. Pomyślałam, że to fajne zarówno dla mnie, jak i dla publiczności, aby byli częścią zabawy, częścią odgrywanej roli.

Nie chcę, żeby ludzie słuchali mojej muzyki lub przychodzili na moje koncerty, myśląc, że moje piosenki są o mnie. To gra. Wszystko to jest grą. Oczywiście jest zachowana pewna forma dystansu, w przeciwnym razie stałoby się to niekomfortowe, zarówno dla mnie, jak i dla publiczności.

TDGM: Do kogo zatem zwracasz się na tej płycie – siebie samej czy jednak do publiczności?

Lou Doillon: Do publiczności. Do każdego z nas. Uwielbiam zjawisko transmisji. Jeśli mogę coś komuś przekazać, czuję się wtedy szczęśliwa. Powód, dla którego dobrze czuję się na scenie, to możliwość mówienia do ludzi i odnoszenia się do ich emocji. Wykonywanie takiej misji jest niesamowite. Jestem z tego bardzo dumna.

Kiedy piszę piosenki, takie jak np. „Jealousy”, odczuwam z tego powodu satysfakcję. Bawi mnie mówienie o sobie jako o kimś, kto jest zazdrosny o cokolwiek ze względu na swoją niską samoocenę. Ale kiedy wykonuję tę piosenkę przed publicznością, dedykuję ją wszystkim zazdrosnym dziewczynom na sali, a one wszystkie krzyczą „Dziękuję!”, ponieważ czują to samo i w tym momencie czują się z tym mniej samotne.

Kiedyś na koncercie w San Francisco pojawił się facet, który zaczął krzyczeć: „To nie fair! Też bywam zazdrosny!”. Jak widać, to piosenka i dla facetów, i dla dziewczyn, jest dla każdego z nas.

Bycie na scenie nie polega na byciu superbohaterem. Kiedy my, artyści, stajemy na niej w świetle reflektorów, naszą misją jest mówienie również o tym, jak bardzo wrażliwi wszyscy jesteśmy.

TDGM: Muzyka jest bardzo uniwersalnym językiem. Mam wrażenie, że dla Ciebie równie uniwersalny jest język angielski. W jednym z wywiadów powiedziałaś bowiem, że dla Ciebie jest językiem uczuć. Wielu ludzi by się z Tobą nie zgodziło, podnosząc argument, że to jednak język francuski jest językiem miłości…

Lou Doillon: Dla mnie w prostocie języka angielskiego jest pewna jakość. W obrębie języka francuskiego prostota w pisaniu w ogóle nie przekłada się na jakość. Francuski to bardzo piękny, ale i skomplikowany język, który wymaga stosowania wielu zasad. To sprawia, że wolę angielski pop i rock’n’roll, które często są bardzo proste.

Inna sprawa, że angielski jest po prostu bezpłciowy. W języku francuskim wszystko dzieli się na żeńskie i męskie, a kiedy śpiewam, podoba mi się idea utraty płci. W swoich piosenkach jestem tak samo kobietą, jak i mężczyzną, i mogę tak samo śpiewać do kobiety, jak i mężczyzny. Nigdy nie zgadniesz. Na przykład nigdy nie wiesz, czy kiedy śpiewam „It’s You”, opowiadam o mężczyźnie, czy o kobiecie.

Gdybym pisała po francusku, od razu bym siebie obnażała. Mówiąc „jestem zakochana”, po francusku, powiesz „je suis amoureuse”, jeśli jesteś dziewczyną albo „je suis amoureux”, jeśli jesteś chłopakiem.

Jako muzykowi w angielskim popie i rok’n’rollu podoba mi się zatem doza prostoty i tajemnicy, którą generuje ten język.

TDGM: To prawda, jest w tym zarówno pewna uniwersalność, jak i tajemnica. To trochę jak z przynależnością do jakiejś grupy i jednocześnie jej brakiem. Wspominam o tym, ponieważ kiedyś powiedziałaś, że dla muzyków jesteś aktorką, dla ludzi teatru modelką, dla modelek amatorką, dla Francuzów Angielką, a dla Anglików Francuzką. Ale powiedziałaś przy tym, że to pozwala Ci pisać, bo nigdy nie należysz do klubu. Czy przeszkadza Ci to w jakikolwiek sposób?

Lou Doillon: Jestem pewna, że wiele razy się tym przejmowałam. Obecnie, po tym, czy mi to przeszkadza, wiem, kiedy jestem zmęczona lub w słabszej formie. Odczuwam wtedy bowiem potrzebę przynależności. Z drugiej strony zawsze byłam outsiderką i, w sumie, jest mi z tym dobrze. Kiedy czuję się dobrze, jestem niezwykle dumna z faktu bycia outsiderką, ale kiedy jestem zmęczona albo cierpię na chwilowy brak pewności siebie, chcę czuć, że gdzieś przynależę.

Nie pamiętam, kto to powiedział, ale usłyszałam kiedyś coś, co mnie bardzo rozbawiło: „Nie lubiłbym grupy, której byłbym częścią”. Uważam, że to prawda. Jestem samotnikiem, który czasem czuje się samotny, a jednocześnie, ponieważ mam ogromne szczęście funkcjonowania w wielu różnych światach, mogłam poznać to, co znane i nieznane, sławę i jej brak, bogactwo i jego brak. To w zasadzie bardzo komfortowe. Niewielu ludzi ma ma ten przywilej, by móc nauczyć się tak wiele od tylu różnych osób.

[Magda Rogóż/TDGM]

Reklamy