Pink w Warszawie [RELACJA]

Pink / fot. Kevin Mazur

Minęło już, co prawda, pięć lat od tamtego dnia, ale doskonale pamiętam, jak czułam się

Przede wszystkim było zdecydowanie za głośno, momentami zwyczajnie bolały mnie uszy, bas dudnił jak opętany, słów wyśpiewywanych przez Pink nie można było od siebie odróżnić. Z tym ostatnim było trudno nawet podczas jej konferansjerskich momentów, co uważam już za kompletne nagłośnieniowe dno. A to wszystko za 220 zł za parę uszu męczących się na górnej trybunie, w sektorze G28 ulokowanym na wprost sceny. I o ile na wspomnianym koncercie Justina mogłam chociaż spróbować znaleźć jakieś lepsze miejsce, ponieważ kupiłam bilet na płytę, tak w tym przypadku byłam bezradna.

Nie chcę ani słuchać, ani czytać argumentów w stylu „stadion jest trudnym akustycznie obiektem”. Domyślam się, tylko co mnie to obchodzi? Jeśli organizatorzy koncertów na PGE Narodowym nie potrafią okiełznać akustycznych przeszkód, niech nie robią tam koncertów i tyle. A, nie, chwila. Będą robić, bo przecież o nagłośnieniowych dramatach ludzie, którzy wykładają hajs na bilety, dowiedzą się dopiero po wyczekiwanych przez siebie koncertach, więc luźno, można dalej uskuteczniać chałę. Szlag mnie trafia, gdy o tym myślę, bo byłam dotychczas na naprawdę sporej liczbie koncertów, również w innych krajach i mam wrażenie, że tylko w Polsce tak bardzo olewa się publiczność w kwestii właśnie nagłośnienia czy organizacji.

Wczorajszy koncert doskonale określa tytuł płyty Alecii z 2017 roku, „Beautiful Trauma”. Bo show było rewelacyjne, piękne. Reżyseria tego przedstawienia zasługuje na gromkie brawa. Z kolei to, co (z)robiła podczas swojego występu Pink, było niesamowite, aż chciało się krzyczeć „Pink, you’re breathtaking!”. Ten występ już od pierwszych minut zdradzał ogromny potencjał na wydarzenie wręcz historyczne w swojej dziedzinie. No, ale wyszło jak zwykle. I niby fajnie, że było tak ładnie, kolorowo i z rozmachem, ale ostatecznie kupiłam bilet na koncert, a nie do teatru.

[Katarzyna Janik/TDGM]

Reklamy