recenzje

Furman „Wyprane” [RECENZJA]

Furman „Wyprane”
7.03.2017

Nierzadko dzieje się tak, że im dłużej słucham jakiejś płyty, tym trudniej jest mi powiedzieć/napisać o niej „coś więcej”, ponieważ z każdym kolejnym odsłuchem rozkminiam inne płaszczyzny danego krążka i mam wrażenie, że samo myślenie o tym wyczerpuje niejako moją zdolność do skonstruowania szerszej opinii. I kiedy tak mija czas od premiery, a mojej recenzji jak nie było, tak nie ma, ja znajduję w tym wszystkim coś cennego – nie ma bowiem lepszych płyt niż te, które można sobie porozkminiać.

A EP-ka Furmana pt. „Wyprane” wydaje się być materiałem stworzonym właśnie po to, by się nad nim pochylić na dłużej. Raper nie tylko napisał refleksyjne kawałki, ale i zaprezentował słuchaczom materiał, który skłania, by zastanowić się również nad tym, czyje to ostatecznie jest/będzie pranie? Furmana mielącego część swoich przemyśleń czy też emocji? A może odbiorcy konfrontującego teksty z tym, co siedzi w nim samym?

I jasne, Furman nie porusza tematów, które nie zostały jeszcze nigdy przeanalizowane. Obserwacje na temat ludzi czy polskiej rap sceny to standard, owszem. Nie o tematykę jednak tutaj chodzi, tylko o sposób, w jaki raper dzieli się swoimi przemyśleniami, a to jest bardzo ciekawe zestawienie kilku kwestii: prostych słów, ich zestawień, porównań, zwrotek wolnych od metafor zagmatwanych na siłę, głosu Furmana, emocji, które z niego emanują, no i oczywiście rewelacyjnie dobranych bitów. Tę EP-kę najlepiej opisuje fraza „prosto i na temat”, bo tak na niej właśnie leci Furman – konkretnie i przystępnie.

4,5/5

[Katarzyna Janik/TDGM]

Reklamy

Zen „Zimne ognie” [RECENZJA]

Zen „Zimne ognie”
16.03.2017

Fajnie jest trafić na płytę, która wpada nam w odtwarzacz o odpowiedniej porze dnia czy roku. Fajnie jest słuchać tanecznych krążków rano albo kiedy przychodzi lato. Fajnie jest z kolei włączyć smutnawą alternatywę wieczorem albo kiedy za oknem pada deszcz, jest szaro, a my chcemy się schować przed całym światem pod kocem czy kołdrą. Jeszcze lepiej jednak trafić na album, po przesłuchaniu którego myślimy sobie: „cholera, to o mnie!”.

Utożsamianie się z artystą, jego tekstami jest ważne, nie oszukujmy się. Ludziom znacznie łatwiej „wchodzi” krążek, na którym znajdują coś, co ich dotyczy. Nie ma w tym jednak niczego złego, jeśli płyta trzyma poziom. Poza tym, umówmy się, ludzie potrafią wynosić na piedestał nawet najbardziej wtórne albumy i robią to często z nonsensownych powodów. Doskonałym tego przykładem jest zdecydowana większość właśnie hip-hopowych produkcji, tych mainstreamowych oczywiście.

„Zimne ognie” to materiał, którego każda składowa nadaje się na singiel. To imponująco równa płyta, pełna emocji, dojrzałości, wyznań, odwagi i – co najważniejsze – prawdziwości. Nie chcę znowu przynudzać tym swoim „mam dość rapu o hajsie, byłych, obecnych i wymarzonych dupach czy nieustannych imprezach”, ale naprawdę mam go dość, więc kiedy mogę posłuchać takiej płyty jak ta, zwyczajnie czuję ulgę.

Nie rozstaję się z tym krążkiem, odkąd usłyszałam go w całości po raz pierwszy. Z każdym kolejnym odsłuchem przeżywałam ten album w inny sposób. Na początku absorbowały mnie głównie bity – bardzo klimatyczne, momentami smutne, czasem wręcz depresyjne. Później skupiałam się wyłącznie na tekstach Zena – szczerych i nierzadko odważnych opowieściach. Następnie łowiłam emocje z wokalu Wojtka i cieszyłam się jego spokojnym flow, które buduje klimat tej płyty nie gorzej niż bity. Aktualnie już czerpię przyjemność ze słuchania „Zimnych ogni” jako rewelacyjnie spójnej całości i nie wyobrażam sobie, że Zen mógłby położyć swoje wersy na inne podkłady albo żeby te bity mogły być tłem dla innego wokalu czy innych historii.

5/5

[Katarzyna Janik/TDGM]

MaJLo „Over the Woods” [RECENZJA]

MaJLo „Over the Woods”
Sounddict / 24.03.2017

Przychodzą takie momenty, kiedy człowiek jest na tyle zmęczony rzeczywistością, że najchętniej by zniknął, rzucił wszystko i zaszył się w totalnej głuszy. Z dala od zgiełku, stresu, presji. Tylko po to, by wsłuchać się w siebie, odpocząć, oczyścić umysł i poczuć inne emocje. Sama czasem chciałabym uciec w góry lub do lasu, gdzie jedynym, co będę słyszeć, to szum drzew, śpiew ptaków, po prostu odgłosy natury. Kiedy jednak warunki na to nie pozwalają, z pomocą przychodzi muzyka. Tak, są takie płyty, które swoim brzmieniem przenoszą nas właśnie tam, gdzie chcemy. Mnie do – osadzonych w marzeniach oczywiście – lasu i w góry przeniosła płyta MaJLo pt. „Over the Woods”.

Krążek zabrałam ze sobą w podróż pociągiem i już po pierwszych dźwiękach wiedziałam, że to album drogi. Co fajne, słuchając go, wcale nie musisz patrzeć za okno przemierzającego trasę środka transportu. Równie dobrze możesz siedzieć w swoim pokoju, zamknąć oczy, wcisnąć „play” i sekundę później znaleźć się w zupełnie innym miejscu.

Taką otoczkę i nastrój budują przede wszystkim melodie, które opierają się głównie na delikatnych szarpnięciach w struny gitary akustycznej i dźwiękach fortepianu. Całość doznań wzmacniają natomiast uderzenia w perkusję, brzmienie basu czy elementy elektroniczne, między którymi łagodnie faluje wokal Macieja Milewskiego. Przyjemnymi dodatkami są odgłosy szumiącej wody (we wstępie do „Lullaby”), dźwięk uderzających o siebie pałeczek (w utworze pt. „Another Day”) czy fragmenty przemowy (w „Still Alive”). Wszystko to, wplecione w główną melodię, fajnie wwierca się w świadomość, ciesząc przy tym, iż zostało wyłapane.

Co urzeka najbardziej – płyta jest bardzo spójna, równa. MaJLo utrzymuje podobną energię, nawet jeśli tempo kompozycji momentami się zwiększa, jednocześnie jednak nie sposób poczuć, że słucha się wciąż tego samego. Kolejne utwory mają swoje „smaczki”, wszystko jest idealnie wyważone. Dlatego też trudno jest wybrać z tracklisty jeden, ten ulubiony kawałek.

Słuchając „Over the Woods”, łatwo o odniesienia do takich artystów jak Fismoll, Ásgeir czy Ben Howard. Z tego typu porównaniami MaJLo raczej się nie minie, ale ostatecznie stawia to jego twórczość w dobrym świetle. Trzeba być bowiem obdarzonym ogromną wrażliwością, żeby tworzyć muzykę tak piękną i tak bardzo angażującą emocje słuchacza.

[Magda Rogóż / TDGM]

List Otwarty „Bałagan” [RECENZJA]

List Otwarty „Bałagan”
7.03.2017

Debiutancka płyta Listu Otwartego ma za zadanie wprowadzić nową jakość w około-rapowe rejony polskiej sceny muzycznej – mniej więcej tak to ujmują na swoim fan page’u Bartłomiej Mieżyński oraz Aleksander Więcław, autorzy „Bałaganu”.

Dobrze, że uściślili, iż interesuje ich przestrzeń wokół rapu, bo obawiam się, że na stricte rapowe podwórko polski słuchacz nie tyle by ich nie wpuścił, co nawet by się nie zorientował, że oto przyszedł List Otwarty – duet mający do zaproponowania muzykę, której nie przyczepi się policja bitowa (czy jak tam się nazywa ten najnowszy wymysł polskich fejsbuków) i teksty proszące się o komentarz szerszy niż „props”.

Co „głośniejszy” internetowy znawca/komentator/wannabe-trendsetter z łatwością krzyknąłby na temat „Bałaganu” jakże wymowne: „to nie jest hip-hop!”, ale że świat już dawno podarował sobie edukację na temat tego, czym jest hip-hop, a czym rap, w tym miejscu wystarczy napisać tylko jedno: „no, nie jest”.

Który raper jest aktualnie uznawany za „hip-hopu wodza”? No, to właśnie do jego sympatyków ta płyta najpewniej nie trafi. Czy to dobrze, czy źle? I już tutaj należy wyboldować pierwszy mocny punkt „Bałaganu” – włącza intensywną rozkminkę. Płyta jako całość – zestawiona chociażby z tym wszystkim, co zostało napisane w tym akapicie i powyżej. Poszczególne utwory – poruszające tematy, które mogą, co prawda, zostać skwitowane jako „problemy pierwszego świata”, ale to z kolei generuje zapytanie o poziom ignorancji. Tak, teksty Listu Otwartego to niemała gimnastyka dla umysłu, zwłaszcza że Bartłomiej Mieżyński serwuje momentami taką serię słów, że dekodowanie niektórych wersów nie jest najprostszym zadaniem.

Muzycznie „Bałagan” jest tym, co jego autorzy obiecują w facebookowym opisie, czyli jazz-hopem z domieszką progresywnego rocka. Dobrze się słucha (bardziej) melorecytacji (niż rapu) Bartłomieja przy akompaniamencie takiego/tego brzmienia. Swoją drogą, ten album świetnie wypada w pakiecie z replay’em, a co lepsze, powinien bezproblemowo wytrzymać wartę do dnia premiery drugiego krążka Listu Otwartego.

4,5/5

[Katarzyna Janik/TDGM]

Flow „Kleśa” [RECENZJA]

Flow "Kleśa" 3.02.2017

Flow „Kleśa”
3.02.2017

Znany jest Wam ten stan, kiedy włączacie płytę, przesłuchujecie pierwszy, drugi, trzeci kawałek i zupełnie nie wiecie, co dalej? Album jest bowiem tak inny od tego, co do tej pory słyszeliście, że trudno stwierdzić, czy to jest takie dziwne, że aż rewelacyjne, czy może niekoniecznie macie ochotę zagłębiać się w to bardziej. Jeśli taki stan niepewności przytrafi się Wam przy przesłuchiwaniu płyty zatytułowanej „Kleśa”, koniecznie przekroczcie tę dziwną granicę i przyswójcie cały materiał.

Bardzo cenię sobie przekraczanie przez artystów ich własnych barier. Nie istnieją dla mnie ortodoksyjne zasady w muzyce. Nie uważam, że ktoś, kto tworzy w jednym gatunku, musi się go trzymać do końca swoich muzycznych dni. Wręcz przeciwnie. Każdy eksperyment wzbogaca go jako twórcę, a ostatecznie i mnie jako słuchacza. Dlatego też nie oceniam płyty po okładce, ani po pierwszym odsłuchu. Każdej daję drugą, a czasem nawet piątą czy dziesiątą szansę. Piszę o tym, ponieważ przy przesłuchiwaniu płyty pt. „Kleśa” jako odbiorca musiałam przekroczyć własne granice.

Płyta Flow nie jest bowiem albumem, do którego można sobie usiąść ot tak. Wymaga od słuchacza totalnego skupienia i uwagi. Szczególnie jeśli chodzi o warstwę liryczną, która tak naprawdę stanowi trzon tego krążka. Teksty odnoszą się do toksycznych emocji, co bardzo dobrze słychać na przykład w utworze pt. „Love”, w którym autorka śpiewa: „Jezu, jak ja Cię nienawidzę, rozdepczę Cię jak robaka, aż zaczniesz o litość błagać (…)”, by następnie przejść do refrenu, w którym deklaruje: „Jest tylko jeden problem, bez Ciebie żyć nie mogę, jest tylko taka heca, bez Ciebie mnie nie ma”.

Flow świetnie bawi się słowem. Prowadząc inteligentną grę i wykorzystując liczne metafory, opowiada swoje historie, przekazując odbiorcy własne refleksje i spostrzeżenia na temat świata, jak np. w „Kahlo” („Po co mi stopy, kiedy mam skrzydła? Wznoszę się na nich – lekka, bezwstydna. Gdy z moich dłoni ucieka prawda, w błękicie tonę – naga, bezwładna”). Nad takimi tekstami aż żal i wstyd się nie pochylić. Jeśli dodać do tego bardzo zróżnicowaną linię melodyczną, w której znajdziemy elementy trip-hopu, alternatywnego soulu z domieszką jazzu czy akustycznego folku, otrzymujemy coś wyjątkowego.

„Kleśa” z pewnością nie trafi do kogoś, kto muzykę traktuje jako miłe tło dla innych czynności. To płyta, która zdecydowanie zasługuje na to, by pominąć dla niej swoje uprzedzenia czy jakiekolwiek obawy i wysłuchać jej z pełną uwagą od początku do końca. „Kleśa” to w końcu płyta, która poszerza horyzonty i to nie tylko muzyczne.

4,5/5

[Magda Rogóż/TDGM]