wywiady

ONUKA – o tradycjach, Ukrainie i sukcesie [WYWIAD]

ONUKA

ONUKA

ONUKĘ można śmiało postrzegać w kategorii fenomenu na europejskiej scenie muzycznej. Choć przed nimi wielu artystów łączyło już folklor z muzyką nowoczesną, w twórczości tego duetu jest coś niezwykłego. Już samo osadzenie brzmienia tradycyjnych ukraińskich instrumentów pomiędzy połamanymi dźwiękami elektroniki pozwala doświadczyć słuchaczowi czegoś nowego. To jednak nie wszystko. ONUKA to przede wszystkim artyści z misją. Zależy im na tym, by uświadamiać ludzi, że tradycje i kultura narodowa to coś cennego i w erze globalizacji można o nie dbać. O tym też przeczytacie w wywiadzie z liderką ONUKI – Natą Żyżczenko.

TDGM: Wiem, że Twoja miłość do muzyki wynika z Twojej relacji z ukochanym dziadkiem, ale można odnieść również wrażenie, że muzyka stanowi też swego rodzaju narzędzie w Twoich rękach lub raczej ustach. Co chciałabyś, żeby ludzie usłyszeli w Twojej twórczości?

ONUKA: Jak śpiewa Patti Smith: „ludzie mają moc, moc, by marzyć, by rządzić”. My też ją mamy i wykorzystujemy do tego, aby opowiedzieć światu o bogactwie ukraińskiej kultury i współczesnej elektroniki. Uważam, że w ostatnich latach rynek masowy zabija tradycje i to, co autentyczne na tym świecie. W rezultacie tracimy ważną część naszej historii. Nieważne czy mówimy o Ukrainie, Islandii czy Trynidadzie i Tobago. Każde z tych miejsc ma w sobie o wiele więcej niż Coca-Colę i kawałki Taylor Swift puszczane w radiostacjach. Swój własny język, tradycje, folklor. Bardzo chciałabym, aby ludzie usłyszeli o tych wszystkich wspaniałych aspektach mojego kraju przez muzykę ONUKI.


TDGM: Co jest dla Ciebie najważniejsze w kontekście tworzenia muzyki?

ONUKA: To, aby nie zdradzić samej siebie i swoich przekonań. Przede wszystkim chcę być szczera wobec siebie. Nie chcę iść w kierunku mainstreamu. Chcę nadal robić muzykę tak, jak ją czuję. Prawda jest czystą i potężną siłą. Większość ludzi nie wie jednak, jak sobie z nią radzić i jak z niej korzystać.

TDGM: Myślisz, że ludzie spoza Ukrainy, którzy nie rozumieją Waszego języka, mogą mieć jakiś problem ze zrozumieniem Waszej muzyki i tego, co chcecie im przekazać?

ONUKA: Jeśli mówimy o muzyce pop czy rock, szczególnie w odniesieniu do młodszych odbiorców, język angielski staje się kluczem do tego, aby stać się bardziej rozpoznawalnym na świecie. Ale od każdej reguły są wyjątki. Obecnie w moich kawałkach staram się mieszać angielski z ukraińskim. Wydaje mi się, że łączenie ze sobą dwóch języków w jednej piosence daje całkiem niezły efekt. Obserwując reakcję ludzi w różnych krajach, odnoszę wrażenie, że bardzo dobrze rozumieją naszą muzykę, bez względu na to, czy znają ukraiński, czy też nie.

TDGM: W wielu wywiadach pytano Cię o Twoją fascynację muzyką folkową. Mnie interesuje dlaczego ją porzuciłaś, gdy miałaś 18 lat i co sprawiło, że postanowiłaś wrócić do korzeni?

ONUKA: W moim życiu są dwa rozdziały, które wpłynęły na powstanie ONUKI. Muzyka folkowa jest jednym z nich. Drugim jest muzyka elektroniczna. Jestem ogromną fanką tego gatunku. Moje pierwsze projekty (KOOQLA i Tomato Jaws) były skupione wyłącznie wokół niego. Te dwa rozdziały postrzegam jako czas poszukiwań i cieszę się, że coś takiego miało miejsce. Dzięki temu teraz mogę tworzyć właśnie taką muzykę, jaką gramy jako ONUKA.

TDGM: Poprzez ONUKĘ łączysz tradycję z nowoczesnością. To tak, jakbyś łączyła teraźniejszość z przeszłością. Co zatem powiedziałabyś młodszej sobie na temat tworzenia muzyki?

ONUKA: Nie poddawaj się. Będzie ciężko, ale jednocześnie interesująco.

TDGM: Ukraina jest krajem o trudnej sytuacji politycznej. Czy to wpływa na Twoją karierę? Masz w związku z tym jakieś problemy związane z graniem koncertów czy wykonywaniem którychś utworów?

ONUKA: Sytuacja na Ukrainie niewątpliwie dotyka mnie i innych muzyków. Odzwierciedlenie tego można znaleźć w naszej muzyce. To jednak nigdy nie wpłynęło na nasze koncerty czy setlisty. Jesteśmy wolni w tym, co robimy.

TDGM: ONUKA powstała w 2013 roku, w 2014 wydaliście debiutancki album. Jako moment przełomowy dla swojej kariery uważacie rok 2017, po występie na Eurowizji. W ubiegłym roku z kolei wyszedł Wasz drugi krążek. Czy według Ciebie jesteście na dobrej drodze do sukcesu? Czy może już go osiągnęliście?

ONUKA: Sukces to szerokie spektrum różnych kolorów. W kontekście zespołu możesz osiągnąć pewne cele, które pozwolą ci zobaczyć część tych barw, podczas gdy inne wciąż jeszcze pozostają ukryte. Możesz mieć miliony wyświetleń na YouTube’ie, a nikt nie pojawi się na koncercie. Możesz wydać album, który będzie hitem, a jednocześnie będzie zupełnie pozbawiony sensu. I w drugą stronę. Wydaje mi się, że od samego początku naszej kariery, przez „Vidlika” czy „Mozaїкę”, przez Eurowizję czy Sziget – wciąż jesteśmy na drodze do sukcesu.


TDGM: Czym zatem jest dla Ciebie sukces w odniesieniu do Twojej muzyki?

ONUKA: Zarówno z perspektywy osoby, jak również i muzyka sukcesem jest dla mnie być słyszaną. Moją misją jest szerzenie unikalności muzyki ukraińskiej wśród ludzi na całym świecie. Jeśli dzięki temu więcej osób będzie miało szansę dowiedzieć się o naszych tradycjach, kraju, języku – uznam to za sukces.

TDGM: Graliście na Intro Festivalu po wypuszczeniu pierwszego krążka, graliście po wypuszczeniu drugiego. Czy to oznacza, że zagracie też na nim po wydaniu trzeciego albumu?

ONUKA: Chcielibyśmy zagrać w Polsce więcej koncertów. Czujemy się tutaj jak w domu i nie jest to fraza, której używamy w każdym z krajów, w których gramy. Zawsze jesteśmy tutaj ciepło odbierani i wiem, że osób, które słuchają naszej muzyki, przybywa. Wierz mi lub nie, ale ludzie, którzy brali udział w naszym koncercie na WROsoundzie, pojechali również na Intro Festival, by pokazać nam swoje wsparcie. To bezcenne.

[Magda Rogóż/TDGM]

Reklamy

Michael Kiwanuka – o podejściu do tworzenia muzyki [WYWIAD]

Michael Kiwanuka

Michael Kiwanuka to artysta, który swoją muzyką nie tylko zapewnia ludziom rozrywkę, ale też wykorzystuje ją do tego, aby mówić o rzeczach dla niego istotnych. I trzeba przyznać, że łączenie poważnych tematów z melodią, która porusza do tańca, wychodzi mu znakomicie. Choć na swoich koncertach gromadzi tłumy, a rzesza jego fanów wciąż się powiększa, Michael jest skromnym chłopakiem. Przekonałyśmy się o tym w trakcie rozmowy, którą miałyśmy okazję przeprowadzić podczas wizyty artysty we Wrocławiu (Michael Kiwanuka wystąpił na festiwalu WROsound).

[Magda Rogóż/Katarzyna Janik/TDGM]

Lou Doillon – o nowej płycie, potrzebie zmian i byciu outsiderką [WYWIAD]

Lou Doillon

Są takie wywiady, o których wcześniej nie myślimy, których nie planujemy, a okazje do ich przeprowadzenia pojawiają się niespodziewanie. Wówczas bardzo chętnie je wykorzystujemy. Z naszego doświadczenia wynika bowiem, że te niespodziewane rozmowy z artystami wypadają świetnie, czasem nawet dużo lepiej niż te wymarzone. Przy okazji dają nam ogrom satysfakcji i pozwalają poznać nietuzinkowe osoby. Do takich zdecydowanie należy Lou Doillon, z którą miałam okazję porozmawiać telefonicznie. Po rozmowie pozostał niedosyt – zarówno pod względem czasu, jak i formy wywiadu. Chciałabym bowiem poznać Lou osobiście i porozmawiać z nią twarzą w twarz. Czego natomiast dotyczyła nasza rozmowa? Tego dowiecie się z poniższego wywiadu.

TDGM: Właśnie wydałaś swój trzeci album, „Soliloquy”. Zanim do niego przejdziemy, chciałabym zapytać Cię o Twoje odczucia związane z pisaniem kolejnego krążka. Przy drugim albumie bardzo często pojawia się presja, ponieważ słuchacze mają wobec niego pewne oczekiwania. Czy przy trzecim albumie jest już łatwiej?

Lou Doillon: Nie do końca. Wciąż odczuwa się pewnego rodzaju presję. Ale ja na przykład to uwielbiam i już zaczynam trochę się obawiać tego, co będzie przy czwartej płycie. Tego, że nikt nie będzie o niej mówił w taki sposób, jak miało to miejsce przy pierwszym i drugim krążku: „Ooo, jest debiut!”, „Ooo, jest drugi album!”. Przy trzeciej płycie funkcjonuje przeświadczenie, że jeśli uda ci się ją nagrać, to powinno ci się udać nagrać też piątą, więc nie ma już przy tym aż takich emocji.

Mnie zawsze fascynował pomysł zaczynania z nowym albumem wszystkiego od początku. Tym, co podobało mi się najbardziej w przejściu od wydania „Places” do nagrywania „Lay Low”, było przełamanie schematu i możliwość zrobienia czegoś nowego. Tak samo było zresztą w przypadku „Soliloquy”.

Przez jakiś czas zastanawiałam się, co mogę zrobić inaczej i miałam, w sumie, dwie możliwości. Mogłam dalej podążać ścieżką, którą obrałam przy tworzeniu „Lay Low”, czyli opierać się wyłącznie na moim głosie i gitarze. Pomyślałam jednak, że to jest coś, co mogę zrobić sama, więc może bardziej fascynujące byłoby zaproszenie kogoś do współpracy i niekoniecznie musiała być to tylko jedna osoba. Chociażby po to, by móc skonfrontować ze sobą różne punkty widzenia, różne energie i różny styl pracy.

Praca z więcej niż jednym producentem, w różnych studiach w tym samym czasie, była dla mnie dość ryzykowna i przerażająca. Do tej pory pracowałam zwykle z jedną osobą w jednym studiu. Tymczasem musiałam zaufać wielu nowym ludziom i pozwolić im wykonać część pracy za mnie. To było wyzwanie, ale wyzwanie, na które sama się zdecydowałam.

TDGM: Co zatem skłoniło Cię do zmiany podejścia i decyzji o podjęciu współpracy z aż trzema producentami? I jak przełożyło się to na pracę nad albumem oraz jego ostateczny kształt?

Lou Doillon: Zwykle, kiedy piszę piosenki, robię to wyłącznie z gitarą akustyczną. Następnie tworzę demo – nagrywam gitarę, słowa, melodię i przekazuję producentowi, by mógł coś zmienić, przerobić w ostatecznym kształcie numeru. W przypadku tego albumu, kiedy już napisałam wszystkie kawałki, chciałam najpierw sama zamknąć się w studiu i popracować nad nimi, żeby lepiej je zrozumieć. Chciałam bowiem, żeby każda piosenka stanowiła oddzielny byt.

Razem z Nicolasem Subrechicotem – jednym z moich producentów – oraz z François Poggio, moim gitarzystą, pracowaliśmy nad każdym kolejnym utworem w taki sposób, jakby każdy z nich miał być wypuszczany oddzielnie, a nie jako część albumu. W momencie kiedy miałam wszystkie demówki, okazało się, że każda piosenka tak bardzo różni się od pozostałych, że byłoby naprawdę trudno znaleźć jednego producenta, który chciałby pracować nad nimi wszystkimi. Cała tracklista przypominała trochę menu restauracji, z którego można po prostu wybrać jeden numer.

Kiedy zaczęłam spotykać się z producentami, okazało się, że każdemu z nich podobał się inny kawałek. Pomyślałam więc: „Cholera, jak znajdę jednego, któremu spodobają się wszystkie?!”. Wówczas wpadła mi do głowy myśl, że może skoro ja sama jestem tworem złożonym ze skrajności i jest we mnie i ciemna, i słoneczna strona, powinnam poprosić każdą z osób, z którymi chciałabym pracować, by wybrały sobie utwory, które wyprodukują. Nad kilkoma piosenkami zaczęłam więc pracować z Benjaminem Lebeau, nad innymi z Danem Levym, a znalazły się też takie utwory, których nie chciałam oddawać żadnemu z nich i zostawiłam je dla siebie, i Nicolasa. Jest jeszcze kawałek pt. „It’s You”, który chciałam przekazać Cat Power, żeby wyprodukowała go w taki sposób, jak jej się podoba.

W zasadzie to wszystko zadziało się samoistnie, bez jakiejś większej refleksji z mojej strony. Natomiast ten album jest mi prawdopodobnie najbliższym z tego, co do tej pory zrobiłam. Głównie ze względu na to, że zawiera w sobie wszystkie moje paradoksy. Nie wydaje mi się, żeby znalazł się producent, który zrozumiałby wszystkie moje odsłony i potrafił złożyć je w całość tak, jak wyszło to ze współpracy z tymi wszystkimi ludźmi.

TDGM: A czy w przypadku „Soliloquy” również odczuwałaś potrzebę stworzenia sobie nowej niewinności, jak to miało miejsce przy powstawaniu „Lay Low”? Po ukazaniu się Twojego drugiego krążka powiedziałaś bowiem, że na czas jego tworzenia musiałaś wykreować sobie ją na nowo, bo tę pierwotną utraciłaś przy wydaniu debiutu.

Lou Doillon: Zdecydowanie. Wydaje mi się, że po prostu za każdym razem muszę zmieniać proces tworzenia, w przeciwnym razie zaczynam się nudzić. Zmiana sposobu pisania, sposobu tworzenia demo, a później sposobu współpracy z producentami były dla mnie nowością, ale także wzywaniem. Chciałam bowiem przekonać się, czy w ogóle jestem w stanie wyprodukować jakąś piosenkę. Czy jestem w stanie wykreować własną wizję. Przekazać muzykom dokładnie to, czego chcę. Czy jestem w stanie stanąć przed producentem i powiedzieć mu, że coś mi się nie podoba i że chcę to zrobić inaczej.

Przy tej płycie chciałam odkryć swoje granice, ale również mieć odwagę stanąć murem za tym, co robię i zdecydować, że nie chcę się już za niczym chować. Jeśli więc podoba Ci się ten album, to jestem z tego powodu bardzo dumna. A jeśli nie, to i tak będę go bronić, bo jest dokładnie taki, jaki chciałam, żeby był.


TDGM: „Soliloquy” bardzo mi się podoba. Słuchałam go kilkakrotnie przed naszą rozmową i jestem pod wrażeniem. Dostrzegam w nim pewną grę znaczeniami. Na przykład w kontekście tytułu. Powiedz mi, proszę, co dla Ciebie oznacza „Soliloquy”? Co rozumiesz przez ten tytuł?

Lou Doillon: Kiedy pracujesz na polu kreatywnym, jedynym przewodnikiem jakiego możesz mieć, jesteś Ty sama. Kiedy pracujesz jako lekarz, możesz przeprowadzić dobrą lub złą operację. Nie ma niczego pomiędzy. Ale kiedy piszesz piosenkę, nigdy nie wiesz, czy to, co napisałaś, jest dobre, czy nie. Części osób będzie się podobała, części nie. To dość abstrakcyjne. Jedynym sędzią w tym przypadku może być Twój wewnętrzny głos, wewnętrzna osoba ukryta w Tobie. Kiedy piszę, mój wewnętrzny głos jest zatem jedynym krytykiem, jakiego dopuszczam do głosu.

Ale podoba mi się również drugi aspekt tytułu „Soliloquy”, jakim jest odniesienie do teatru. Przywodzi mi na myśl „Hamleta” Szekspira i to, że ciągle sami siebie stopujemy. Na przykład ja potrzebuję niekiedy czasu, żeby zrozumieć pewne rzeczy, żeby je przetrawić albo żeby przygotować się na działanie.

Zatem sam tytuł odzwierciedla zarówno ideę dialogu z samym sobą, ale także z publicznością. W tym tytule jest swego rodzaju humor, ponieważ angażuje publiczność, zawiera w sobie element dramatu, ale też przedstawienia. Pomyślałam, że to fajne zarówno dla mnie, jak i dla publiczności, aby byli częścią zabawy, częścią odgrywanej roli.

Nie chcę, żeby ludzie słuchali mojej muzyki lub przychodzili na moje koncerty, myśląc, że moje piosenki są o mnie. To gra. Wszystko to jest grą. Oczywiście jest zachowana pewna forma dystansu, w przeciwnym razie stałoby się to niekomfortowe, zarówno dla mnie, jak i dla publiczności.

TDGM: Do kogo zatem zwracasz się na tej płycie – siebie samej czy jednak do publiczności?

Lou Doillon: Do publiczności. Do każdego z nas. Uwielbiam zjawisko transmisji. Jeśli mogę coś komuś przekazać, czuję się wtedy szczęśliwa. Powód, dla którego dobrze czuję się na scenie, to możliwość mówienia do ludzi i odnoszenia się do ich emocji. Wykonywanie takiej misji jest niesamowite. Jestem z tego bardzo dumna.

Kiedy piszę piosenki, takie jak np. „Jealousy”, odczuwam z tego powodu satysfakcję. Bawi mnie mówienie o sobie jako o kimś, kto jest zazdrosny o cokolwiek ze względu na swoją niską samoocenę. Ale kiedy wykonuję tę piosenkę przed publicznością, dedykuję ją wszystkim zazdrosnym dziewczynom na sali, a one wszystkie krzyczą „Dziękuję!”, ponieważ czują to samo i w tym momencie czują się z tym mniej samotne.

Kiedyś na koncercie w San Francisco pojawił się facet, który zaczął krzyczeć: „To nie fair! Też bywam zazdrosny!”. Jak widać, to piosenka i dla facetów, i dla dziewczyn, jest dla każdego z nas.

Bycie na scenie nie polega na byciu superbohaterem. Kiedy my, artyści, stajemy na niej w świetle reflektorów, naszą misją jest mówienie również o tym, jak bardzo wrażliwi wszyscy jesteśmy.

TDGM: Muzyka jest bardzo uniwersalnym językiem. Mam wrażenie, że dla Ciebie równie uniwersalny jest język angielski. W jednym z wywiadów powiedziałaś bowiem, że dla Ciebie jest językiem uczuć. Wielu ludzi by się z Tobą nie zgodziło, podnosząc argument, że to jednak język francuski jest językiem miłości…

Lou Doillon: Dla mnie w prostocie języka angielskiego jest pewna jakość. W obrębie języka francuskiego prostota w pisaniu w ogóle nie przekłada się na jakość. Francuski to bardzo piękny, ale i skomplikowany język, który wymaga stosowania wielu zasad. To sprawia, że wolę angielski pop i rock’n’roll, które często są bardzo proste.

Inna sprawa, że angielski jest po prostu bezpłciowy. W języku francuskim wszystko dzieli się na żeńskie i męskie, a kiedy śpiewam, podoba mi się idea utraty płci. W swoich piosenkach jestem tak samo kobietą, jak i mężczyzną, i mogę tak samo śpiewać do kobiety, jak i mężczyzny. Nigdy nie zgadniesz. Na przykład nigdy nie wiesz, czy kiedy śpiewam „It’s You”, opowiadam o mężczyźnie, czy o kobiecie.

Gdybym pisała po francusku, od razu bym siebie obnażała. Mówiąc „jestem zakochana”, po francusku, powiesz „je suis amoureuse”, jeśli jesteś dziewczyną albo „je suis amoureux”, jeśli jesteś chłopakiem.

Jako muzykowi w angielskim popie i rok’n’rollu podoba mi się zatem doza prostoty i tajemnicy, którą generuje ten język.

TDGM: To prawda, jest w tym zarówno pewna uniwersalność, jak i tajemnica. To trochę jak z przynależnością do jakiejś grupy i jednocześnie jej brakiem. Wspominam o tym, ponieważ kiedyś powiedziałaś, że dla muzyków jesteś aktorką, dla ludzi teatru modelką, dla modelek amatorką, dla Francuzów Angielką, a dla Anglików Francuzką. Ale powiedziałaś przy tym, że to pozwala Ci pisać, bo nigdy nie należysz do klubu. Czy przeszkadza Ci to w jakikolwiek sposób?

Lou Doillon: Jestem pewna, że wiele razy się tym przejmowałam. Obecnie, po tym, czy mi to przeszkadza, wiem, kiedy jestem zmęczona lub w słabszej formie. Odczuwam wtedy bowiem potrzebę przynależności. Z drugiej strony zawsze byłam outsiderką i, w sumie, jest mi z tym dobrze. Kiedy czuję się dobrze, jestem niezwykle dumna z faktu bycia outsiderką, ale kiedy jestem zmęczona albo cierpię na chwilowy brak pewności siebie, chcę czuć, że gdzieś przynależę.

Nie pamiętam, kto to powiedział, ale usłyszałam kiedyś coś, co mnie bardzo rozbawiło: „Nie lubiłbym grupy, której byłbym częścią”. Uważam, że to prawda. Jestem samotnikiem, który czasem czuje się samotny, a jednocześnie, ponieważ mam ogromne szczęście funkcjonowania w wielu różnych światach, mogłam poznać to, co znane i nieznane, sławę i jej brak, bogactwo i jego brak. To w zasadzie bardzo komfortowe. Niewielu ludzi ma ma ten przywilej, by móc nauczyć się tak wiele od tylu różnych osób.

[Magda Rogóż/TDGM]

Lou Doillon – about a new record, a need for change and being an outsider [INTERVIEW]

Lou Doillon

There are such interviews that we don’t plan. The opportunities to make them appear unexpectedly and we are very eager to take the chance. From our experience, it appears that these unexpected conversations provide great experience, sometimes even better that the ones we’ve been dreaming of fo a very long time. They give us a lot of satisfaction and let us meet extraordinary people. One of them would be Lou Doillon with whom I spoke on the phone one day. After this conversation I could say I was definitely unsatisfied – because of the very short time and the form of the interview.  Lou is definitely that type of person who I’d love to meet personally. What was our conversation about? You’ll find out from the interview below.

TDGM: You’ve just released your third album, „Soliloquy”, but before we talk about it I’d like to ask about the feelings related to writing the next record. Usually with the second one there is some kind of pressure as the audience has some expectations after the debut. Is it easier with recording the third one?

Lou Doillon: Well, there’s still a time you get the pressure on the third one. And I do love a little bit of pressure so I’m getting very worried for the fourth one. That there are no more stories about it. With the first one they say: „Ohh, it’s the first one!”, with the second: „Ohh, it’s the second one!” and with the third… Well, usually if you manage to make the third, normally you can make the fifth. That’s the kind of story going on around.

I’ve always loved the idea of starting back from scratch. So when I did “Places” the fun to go to “Lay Low” was to actually break the mould and do something new. So for „Soliloquy” was the same thing. I was thinking how do I break the mould and I had two options. I could go even further in the direction in which I was with “Lay Low”. It was to literally make music – it was just my voice and the guitar. And I thought that this I could do by myself so maybe it’s more exciting to collaborate. And maybe it’s exciting to collaborate with different people. So that I confront my ideas to the other points of view, other energies and other ways of working.

It was very dangerous and very frightening to work with more than one producer. Because mostly I was always working with one person, with one energy and in one studio. It was a bit schizophrenic and slightly dangerous to be working with different people and in different studios, all at the same time and letting them do some of the work and trusting loads of new people in a way. That was a challenge, but the challenge that I chose.  

TDGM: So what exactly stood behind this change in approach and what impact did it have for the process and the final shape of the record?

Lou Doillon: Normally what I do is I write the song with acoustic guitar, I do a demo where I record the acoustic guitar, my song, the melody, the lyrics and then I give it to someone so that they can kind of change it the way they want to or destroy it a bit. With this album once I had written all the songs I realised that I wanted to go to the studio by myself and to understand all of the songs before even giving them to a producer.

II thought I want every song to stand by itself in a way. So I went to the studio just with Nicolas Subrechicot – one of my producers and with François Poggio, my guitarist and I decided to work around every song like if it was a song by itself. Not as a part of an album. I wanted every song to have its own heartbeat and be its own person. And once I had all those demos they were so different one from the other that I realised that it was going to be hard to find a producer who would like all of those songs. That actually it was maybe gonna be a bit like a menu à la carte where suddenly someone’s gonna pick some songs.

I started meeting producers and every producer I met liked the different song and I thought: „Shit, how am I gonna find one who’s gonna like them all?!”. And I thought that maybe because I am the creature of extremes and in me there is a dark side and a sunshine side, I should ask every person I want to work with to choose a song and work on it. That’s how I started to work on a couple of songs with Benjamin Lebeau and on a couple of songs with Dan Levy. And then I realised I had some songs that I didn’t want to be for Dan or for Benjamin so I gave them to Nicolas and myself for us to move on. Then there was “It’s you” that I wanted to give to Cat Power for her to do the production she wanted to do.

It actually happened kind of by itself without me having a real reflection about it. But this album is maybe the closest album I’ve ever done to me in a sense that it’s all of my paradoxes put together. I don’t think there was one producer who could understand all of the different sides that I can have.

TDGM: After releasing your second album you said that you had to create a new innocence as you had lost it with releasing a debut album. Was it the same with your third album?

Lou Doillon: Yes, absolutely. I think I need to change the process all the time otherwise I get bored. So I think that changing the way that I would write, do demos and work with producers was very new to me and that was a challenge also. I wanted to know am I able just even to produce a song. Am I able to have a vision. Am I able to tell musicians exactly what I want. Am I able to stand in front of a producer and say: “No, I don’t like that and I want it differently”.

I wanted to find my limits in a way and also to be able to stand by what I do and to decide that I couldn’t hide anymore. And I didn’t want to hide anymore. And if you like this album, then I’m very proud. And if you don’t, I absolutely stand by it cause this is exactly the album I wanted to do.


TDGM: I liked it a lot! I’ve listened to it a couple of times before our conversation and I’m impressed. I noticed that you play with meanings. For example when it comes to the album title. What does “Soliloquy” mean to you? How would you explain it?

Lou Doillon: One side of a title is that when you work in a creative field the only guide you can have is yourself in a way. When you work as a doctor for example you do a good operation or a bad operation. There’s no in between. When you write a song you’ll never know. It’s a good song for some people and it’s a bad song for other people. It’s very abstract. The only judge in this abstraction is your second voice. It’s the other person in you. And when I write the only judge that I allow in the room is my second voice.

On the other side what I like about the idea of the title “Soliloquy” was the idea of it being theatre related. It makes me think of Shakespeare’s “Hamlet” and the fact that we are constantly stopped by ourselves. Sometimes I need time by myself to understand things, I need time to process things, I need time to get ready to do stuff.

So this idea of being inner reflection and at the same time the idea of some kind of an audience makes there’s humor in that title in a sense. It does engage a public, it engages drama, it engages performance. I thought that was nice for me and for my audience to be a sense of fun, a sense of a character. I don’t want people to listen to me, or people to come to my concerts and thinking that this is all about me. It’s a play. All of this is a play. Of course there is also a form of distance otherwise it would be very uncomfortable for me and for everyone.

TDGM: So who do you talk the most to with this album – yourself or the audience?  

Lou Doillon: I think it’s really to the audience in a way. To all of us. I love transmission. If I can transmit something that’s when I’m the happiest. I know that I’m very happy on stage because I’m able to talk to people and to relate to them and their stories. It’s a great mission to have. I’m very proud of that.

When I write a song like “Jealousy” I’m happy to write it because it makes me laugh to say that I’m a jealous person and I can be jealous of everything because of my low self-esteem at time. But when I sang in front of an audience I used to dedicate it to all the jealous girls in the room and I had all the girls screaming “Thank you!” because they were feeling jealous also and suddenly they felt less lonely.

Once when I was doing a concert in San Francisco there was a guy who screamed: “This is unfair! I’m a jealous guy too!”. So it’s for guys and girls, it’s for all of us. And I think that for us, for artists, to be on stage isn’t to be a superhero. When we’re put on stage, when we’re under the lights it’s our mission also to talk about how fragile we all are.

TDGM: Music ia a very universal language. I have an impression that English is as much universal to you as music. In one of the interviews you said that English is a language of feelings. Many people would disagree saying that French is a language of love…

Lou Doillon: I would say that for me English simplicity is a quality. Within French simplicity in writing is not really a quality. It’s a very beautiful complicated language which requires rules and tools. And that’s why I love English pop or English rock’n’roll which is often very simple.

Another thing is that English is genderless. French language is divided between feminine and masculine. And when I sing, I like the idea that I’m not sexual anymore. That I’m much a man and a girl and I could be singing to a man or a woman, you’ll never know. When I sing “It’s you” no one will never know if I’m talking about a man or a woman.

If I was writing it in French I would denounce myself straight away. Saying “I’m in love” in French you say “Je suis amoureuse” if you’re a girl or “Je suis amoureux” if you’re a boy. And in a way I love the mystery and simplicity of English pop or rock’n’roll writing. It’s really what I enjoy as a musician.

TDGM: That’s true – there’s some kind of universality and mystery at the same time. It’s a little bit like being a part of the group and at the same time not being. The reason I mention it is that you said once that for musicians, you’re an actress. For theatre people, you’re a model. For models, you’re a dilettante. For the French, you’re English. For the English, you’re French. You said that this is a great place to write from, because you’re never a part of the club. Does it bother you anyway?

Lou Doillon: I’m sure that I did at many times. Today when I’m tired or weak that’s how I know that I feel this way. In such moments there’s the desire of belonging. But I’ve been an outsider all my life and I think I’m actually quite happy about it.

When I feel good I’m extremely proud to be an outsider. When I’m a bit tired and have a lack of confidence I wish that I’d be a part of a group.

I don’t remember who said that but it made me laugh – “I wouldn’t like a gang I would be a part of.” And it always made me laugh because I do believe that’s true. I’m a loner that sometimes gets lonely. And at the same time because I’m lucky to be in a mixture of loads of worlds I’ve known the known and the unknown, I’ve known fame and non-fame, I’ve known wealth and non-wealth. It’s actually a very lucky place. There’s a few people who’ve been blessed like I have been to able to learn so much from so many different people.

[Magda Rogóż/TDGM]

Menippe – o muzyce i Mysłowicach [WYWIAD]

Menippe

Pisząc o Menippe, obok nazwy grupy można wyklikać na klawiaturze słowo „rap”, owszem. Lepiej jednak wystukać „eksperymentalny rap”. Samym „rapem” można bowiem chłopaków zwyczajnie nie docenić, zwłaszcza jeśli porównać ich twórczość do tego, co dzieje się aktualnie na polskiej rap scenie. Ich muzyka nie jest łatwa w odbiorze, sami to przyznają. Na szczęście nie wszyscy uznają za godne uwagi wyłącznie to, co liczy sobie na YouTube’ie dziesiątki czy setki tysięcy wyświetleń – na scenie jest również miejsce dla mniej nośnej komercyjnie, ale nadal świetnej muzyki. I głównie o niej przeczytacie w poniższym wywiadzie.

TDGM: Co Was urzekło w Menippe, że postanowiliście nazwać Wasz skład jej imieniem? Jej poświęcenie? To, że jej zwłoki zostały przemienione w kometę? Dlaczego właśnie Menippe?

Mah: Trafiłem na Menippe, kiedy z nudów czytałem sobie encyklopedię – miałem kiedyś taką zajawkę, za małolata. Słowo „menippe” samo w sobie ładnie wygląda. Do tego jeszcze znaczenie i historia, która odnosi się do imienia greckiej bogini. Owa bogini wraz ze swoją siostrą przebiły sobie krtań tkackim czółenkiem. Poświęciły w ten sposób siebie, aby uchronić swój lud od zarazy. Jest w tym pewien romantyzm. Poświęcenie dla wyższej sprawy – to jest jakiś rodzaj piękna. Na swój sposób potrafię odnieść to do tego, co robimy.

TDGM: To znaczy?

Mah: Jest bardzo dużo rzeczy i spraw, które poświęcamy dla muzyki. To jest cała masa różnych różności, które bardzo rzadko ktoś dostrzega. Jedną z najcenniejszych rzeczy, jaką zostaliśmy obdarowani, jest czas. My sporą część tego czasu poświęcamy muzyce, często kosztem swoich najbliższych. To jest właśnie poświęcenie, choć oczywiście wynika z naszego wyboru. Cała masa najróżniejszych niby drobnostek zbiera się ostatecznie w całkiem pokaźną całość. Nie chcę, żeby ktoś teraz sobie pomyślał, że jestem marudny i narzekam, bo tak nie jest. Robię to, co robię, bo bez tego nie umiem, a przy okazji wierzę w to, że do kogoś to trafia. To jest dla mnie pewna forma relacji, chęć nawiązania kontaktu.

TDGM: Jest coś konkretnego, co chcecie przekazać innym ludziom poprzez swoją twórczość, czy ta forma ekspresji ma służyć wyłącznie Wam?

Arbuziński: Nasza muzyka jest swego rodzaju autoterapią, ale służy i nam, i tym, do których trafia. Jest to też forma wyrażania siebie oraz archiwizowania pewnych emocji.

Mah: Ja tylko chciałbym dać ludziom trochę piękna i uśmiechu.

TDGM: Arbuz, muzyka czy słowa?

Na dzisiaj, na tę chwilę muzyka. Jutro może słowa. I tak na zmianę.  

TDGM: Mah, słowa czy muzyka? 

Słowa, bo nieustannie mnie fascynują.

TDGM: „Pangea” z 2006, „Kot w butach” z 2011, „NightWalk” z 2014, EP-ka „Novum” z 2016 i „Bąbony” oraz specjalna EP-ka „Odpal Projekt” z 2018 roku. To Wasza kompletna dyskografia?

Arbuziński: Po drodze były jeszcze mniejsze projekty, np. mój instrumentalny o nazwie Swarshala. Jeszcze wcześniej, w 2000 roku, KLS (Kilka Słów), które tworzyłem z bratem. Oprócz tego „ŻDJU” („Żyjesz dzisiaj, jutro umierasz”), krótka EP-eczeka z dosyć charakterystyczną jazdą. Najfajniejszym wydawał mi się być projekt o nazwie Tururap Akurat, który stworzyłem z Adamem – zrobiliśmy płytę w 7 dni, a słuchaliśmy jej cały rok na okrągło. Był też projekt J1eden – w tej muzyce było wszystko, co zrobiliśmy z Mahem, a że było totalnie abstrakcyjne, chcieliśmy to odseparować od Menippe.

Mah: Zanim skumałem się muzycznie z Arbuzem, nagrałem swoją pierwszą solową płytę. Chwilę po niej nagrałem drugą płytę, ze swoim kumplem ze szkoły. Potem robiłem rzeczy związane z tymi, które zostały wymienione wyżej przez Arbuza.


TDGM: Czy „Pangea” jest do namierzenia w sieci? Jest sens w przekopywaniu się przez internet w poszukiwaniu tego materiału? Czy ukryliście go przed światem?

Arbuziński: (śmiech) Jest ukryty. Mam go gdzieś na dysku na starym pececie. Jak dzisiaj tego słucham, to wiadomo – pewnych rzeczy lepiej nie wpuszczać do internetu. Chociaż na „Pangei” są dobre numery. Wtedy w tym była siła, bo na jednej płycie można było usłyszeć wszystkich, którzy wówczas tworzyli tę bandę. Każdy miał inny styl, każdy był autentyczny i wyrazisty.

TDGM: Przyznajecie, że Mysłowice mają wpływ na Was i na Waszą muzykę. Czy to miasto jest dla Was ważne?

Arbuziński: Mysłowice mają na mnie bardzo silny wpływ. Z jednej strony są piękne, stare. To miasto złotych strun i świetnych muzyków. Z drugiej jednak są okropnie zaniedbane, zgaszone, wymarłe, bez pomysłu na jutro. Jest w Mysłowicach coś specyficznego, czego nie ma nigdzie indziej. Jakiś smutek, jakaś psychodelia na ulicach. To miasto mogłoby być piękne. Ma piękną muzyczną historię, ludzi z zajawką, ale wydaje mi się, że Mysłowice umarły.

Mah: To miasto potrafi tak wymęczyć, że jedyne o czym marzysz, to żeby stąd uciec. Kiedy jednak się to już uda, zaczynasz tęsknić i marzyć o powrocie. Urodziłem się w Mysłowicach, tutaj był każdy mój pierwszy raz – tego nie da się z siebie wymazać.

TDGM: Czy jeśli Wasza muzyczna kariera rozwinęłaby się na tyle, że konieczna byłaby wyprowadzka do dużego miasta, byłaby to dla Was trudna zmiana?

Arbuziński: Przeprowadzka raczej nie wchodzi w grę – bardzo lubię swoje życie w tym miejscu. Poza tym, do większego miasta, np. do Warszawy, można śmignąć pociągiem, załatwić konieczne sprawy i wrócić.

Mah: Mógłbym zmienić lokalizację, oczywiście na taką, która niesie ze sobą jakąś perspektywę. Życie na walizkach nie jest mi straszne, do tego to zawsze jakaś przygoda. Na pewno bym jednak tęsknił.

TDGM: A Wy w ogóle chcielibyście zrobić karierę muzyczną?

Arbuziński: Wolałbym zachować swój rytm, ale też zdobyć fajnych odbiorców naszej muzyki, grać w fajnych miejscach, ładować się dobrą energią i ciągle robić utwory tak, żeby miały coś do przekazania, były ważnym zapisem. To może nie kariera, ale ścieżka, po której chciałbym chodzić. I po której idę.  

Mah: Kariera? Nieco dziwne słowo. Nazwałbym to raczej drogą, a na niej ciągle jesteśmy. Idziemy dalej, czas pokaże, gdzie zajdziemy.

TDGM: Czym jest dla Was muzyka i jej tworzenie?

Arbuziński: Zajmuję się robieniem muzyki od czasów przedszkola. Pierwszy kaseciak – zamykałem się w pokoju ze swoim setem. To były pierwsze próby – śpiewałem wszystko, co miałem w głowie, a skrecze robiłem na magnetofonie szpulowym. Potem były czasy podstawówki – dostałem pierwszy program do edycji dźwięku, nazywał się Sound Forge 4.0. Pierwsze pętle perkusyjne dostałem przypadkiem, na jakiejś płycie. Wtedy właściwie wszystko się zaczęło. Swój pierwszy jakiś tam album zrobiłem, mając 13-14 lat. Tworzenie muzyki to dla mnie totalna przyjemność. Nie ma niczego piękniejszego od zrobienia dobrego utworu i słuchania go później w kółko, cieszenia się tym, co się stworzyło.

Mah: Muzyka to twój przyjaciel, któremu możesz opowiedzieć wszystko, dosłownie wszystko. Biała kartka papieru to twoje miejsce, w którym możesz powiedzieć to, czego nie umiesz powiedzieć w inny sposób. Wyrzucasz coś z siebie, bo już za długo w tobie siedzi. Czasem musi posiedzieć dłużej, czasem moment, a czasem może i całe twoje życie, żeby w końcu się wydostać. Moment, w którym stajesz przed mikrofonem i słyszysz muzykę wraz z tym, co do niej mówisz, jest taki sam jak moment, w którym poznajesz cudowną dziewczynę, w której się zakochujesz – musisz ją poznać, a potem chcesz (z) nią żyć.

TDGM: Czy Męskie Granie Young 2019 postrzegacie jako szansę na rozgłos?

Arbuziński: Piękne jest to, jak ludzie dookoła – znajomi i mniej znajomi – zareagowali na informacje o tym konkursie. To, ilu ludzi zagłosowało i głosuje, jest bardzo mobilizujące. Z drugiej strony jest tak, że mamy świadomość tego, ile musimy włożyć pracy w to wszystko. Tworzymy muzykę, która nie jest łatwa w odbiorze, ona nie trafia do tłumów. Jesteśmy ambitni i żaden szit u nas nie przechodzi. Stale pracujemy nad stylem i jego perfekcją.

Mah: Na pewno jest to kolejne doświadczenie, kolejny krok. Zobaczymy, co ze sobą przyniesie. To bardzo miłe, że w ogóle znaleźliśmy się w tym konkursie.

TDGM: W jednym z wywiadów powiedzieliście, że ewentualny występ na OFF Festivalu jest Waszym małym marzeniem. A jakie jest Wasze największe marzenie związane z muzyką?

Arbuziński: Chciałbym kiedyś się obudzić i wiedzieć, że nasza muzyka trafia do dużej ilości dobrych ludzi. Chciałbym grać w pięknych, ciekawych miejscach, między artystami, których  muzyki sam z chęcią bym posłuchał.

Mah: Chciałbym dożyć chwili, kiedy będę miał, powiedzmy, 50 lat na karku i dalej będę robił to, co kocham.

TDGM: W tym samym wywiadzie wspomnieliście o koncertach w areszcie śledczym. Jeden już zagraliście, w Mysłowicach. W wywiadzie użyliście jednak liczby mnogiej, zatem przed Wami kolejne, tak? Również w Mysłowicach?

Arbuziński: Zagraliśmy w areszcie śledczym w Mysłowicach. Przed nami jeszcze koncert w więzieniu w Katowicach.

TDGM: Jak doszło do tego przedsięwzięcia? Jaki jest zamysł tej inicjatywy?

Arbuziński: Naszym pierwotnym pomysłem było granie w różnych placówkach. W międzyczasie, zupełnie przez przypadek, odezwała się do mnie osoba, która jest odpowiedzialna za takie przedsięwzięcia w mysłowickim więzieniu, no i poszło.

TDGM: Jak wrażenia po pierwszym koncercie w tak nietypowych okolicznościach?

Arbuziński: Czułem totalną pokorę. Czułem inne niż zwykle znaczenie słów Maha, słyszałem inny charakter swojej muzyki – to wszystko rezonuje tam inaczej. Możliwość grania w tak trudnych miejscach otwiera świadomość, dzięki temu możemy patrzeć na naszą twórczość wielowymiarowo.

Mah: To było emocjonalnie bardzo intensywne przeżycie. Wchodząc tam, nie miałem pojęcia, jak to wszystko zostanie odebrane. Bo niby jesteś przyzwyczajony do tego, że ludzie na ciebie patrzą i ciebie słuchają, ale tam odczuwa się to znacznie silniej. W pewien sposób człowiek odkrywa siebie na nowo.

[Katarzyna Janik/TDGM]