wywiady

Zeus – o koncertach, rozwoju i nowym albumie [WYWIAD]

Zeus

Zeus. Pseudonim Kamila Rutkowskiego pada za każdym razem, gdy ktoś zapyta nas o ulubionego polskiego rapera. Mamy do tego człowieka ogrom szacunku i sympatii. Bardzo często wracamy do płyt Zeusa i regularnie odwiedzamy jego kanały społecznościowe, nie tylko w okolicach premier albumów, które wydaje. Ten najnowszy, zatytułowany „To pomyłka”, okazał się być oczywiście dobrym powodem do tego, by poprosić Kamila o spotkanie.

[Katarzyna Janik/TDGM]

Reklamy

CHØCØLATE – o muzycznych początkach, słuchaczach i współpracy z innymi twórcami [WYWIAD]

CHØCØLATE

Kiedy usłyszałam CHØCØLATE po raz pierwszy, wydawało mi się, że przez nieuwagę przeklikałam się na SoundCloudzie na konto Bastille, bo z głośników poleciał wokal brzmiący bardzo podobnie do głosu Dana Smitha. Magda z kolei krzyknęła do mnie z innego pokoju, pytając, czy włączyłam jakiś nowy utwór Woodkida. I zanim ktokolwiek zechce wytknąć nam niepotrzebne pogłębianie kompleksów u polskich artystów przez takie właśnie szumne porównania, niech da nam dosłownie kilkanaście sekund, zescrolluje stronę nieco niżej i włączy EP-kę „Jewelry”, by szybko zorientować się, że w przypadku CHØCØLATE o żadnych kompleksach nie może być nawet mowy. A porównania? Z poniższego wywiadu dowiecie się czegoś więcej nie tylko o nich, ale również o innych kwestiach dotyczących zespołu i muzyki, którą tworzą Victor, Piotr, Marcin oraz Krzysztof.

TDGM: Przedstawiając Was, z powodzeniem można użyć sformułowania „młody zespół”, ponieważ – jak przeczytałam w otrzymanych od Was materiałach prasowych – „CHØCØLATE to projekt założony w 2017 roku”…

CHØCØLATE: Jesteśmy swoistym systemem połączeń z wieloma historiami. Krzysiek grał z Victorem już w 2011 roku. Ja (Marcin) grałem w innym zespole od 2012 do 2014 roku, następnie zacząłem współpracować z Victorem. Z Piotrkiem chodziliśmy do jednej klasy, przyjaźnimy się już od dłuższego czasu. W pewnym momencie zaangażowałem go w projekt The Lipstick Monkeys. Swego czasu Krzysiek z Piotrkiem byli współlokatorami. Ostatecznie wszyscy graliśmy indie-rocka jako The Lipstick Monkeys. Zagraliśmy jednak dwa koncerty i uznaliśmy, że ta formuła się dla nas wyczerpała. Tak właśnie zaczęliśmy tworzyć projekt CHØCØLATE, którego pierwszy singiel był jeszcze, co prawda, indie-rockowy, ale później zaczęliśmy eksperymentować z muzyką elektroniczną coraz bardziej. Nasz artystyczny rozwój słychać na EP-ce pt. „Jewelry”, której zamysłem było zaprezentowanie naszej muzycznej ewolucji.


TDGM: Jaką muzykę gracie i czym konkretnie zajmujecie się podczas tworzenia?

CHØCØLATE: Tworzymy muzykę głównie na komputerach, w Abletonie. Każdy z nas zajmuje się krojeniem sampli, korzystamy z masy wtyczek. Dodatkowo ja (Marcin) jestem odpowiedzialny za część basową i dogrywki elektroniczne, Piotrek ogarnia sferę gitarową i elektroniczną, Krzysiek perkusyjną, a Victor to wszystko pięknie otacza wokalem i syntezatorami. Na scenie mamy cztery komputery, syntezator, dwie klawiatury sterujące, ale także „żywe” gitary i perkusję.

TDGM: Co wyróżnia Was na tle innych artystów?

CHØCØLATE: Nie lubimy reklamować naszej muzyki jako oryginalnej. Naszym zadaniem nie jest mówienie o niej w ten sposób. Możemy to udowadniać, ale słuchacze sami muszą to ocenić. Robimy po prostu swoje i robimy to tak, jak nam się podoba. Co nas jednak może wyróżniać to fakt, że Victor jest native speakerem – urodził się w Vancouver, mieszkał tam ponad 10 lat, jego angielski jest bardzo naturalny, jest to jego pierwszy język, więc nie sposób się w tej kwestii przyczepić do niego o jakiekolwiek sztuczne naleciałości.

TDGM: Czy słuchacze porównują Victora do innych wokalistów? Jeśli tak, do kogo?

CHØCØLATE: Tak, słyszałem (Victor) porównania do wokalistów takich zespołów jak Foo Fighters, Foals, Interpol czy The Strokes, ale – szczerze mówiąc – w ogóle nie słyszę podobieństw.

TDGM: A gdybyś sam siebie miał porównać do kogoś, to kto by to był?

CHØCØLATE: Mój (Victor) głos brzmi inaczej w różnych rejestrach, więc trudno mi odpowiedzieć na to pytanie.

TDGM: Skoro już mowa o innych artystach – opowiecie o swoich ulubionych twórcach?

CHØCØLATE: Nie powiedziałbym (Piotr), że mam ulubionego artystę. Słucham różnej muzyki, ten przekrój uwzględnia zarówno rock, jak i muzykę klubową. U mnie to się stale zmienia, średnio co pół roku mam fazę na słuchanie kogoś innego. Aktualnie – Bass Astral x Igo.

Ja (Krzysztof) natomiast śledzę poczynania wykonawców spod szyldu QueQuality. Przysłuchuję się ich nowym kawałkom, zwracając przy tym szczególną uwagę na brzmienie perkusji elektronicznej.

U mnie (Marcin) z kolei lecą ostatnio tacy artyści jak Rasmentalism, Taco Hemingway, Overwerk, Disclosure czy Bass Astral. Twórczość tego ostatniego ma dla mnie charakter edukacyjny – czerpię od Kuby Tracza bardzo dużo inspiracji.

Ja (Victor) przez ostatnie dwa miesiące katowałem hardbassy. Byliśmy nawet ostatnio na imprezie hardbassowej. Aktualnie słucham Overwerk i Pegboard Nerds.

TDGM: Jakie są Wasze najbliższe muzyczne plany?

CHØCØLATE: Niebawem wydamy EP-kę i opublikujemy teledysk, zatem aktualnie pracujemy bardziej nad kwestiami organizacyjnymi. Jeśli chodzi o muzykę – nad nią zawsze dużo siedzimy. Tworzymy nowe dźwięki, opracowujemy sety koncertowe. Obecnie szlifujemy wszystko tak, żeby jak najlepiej wypaść na żywo. Zimę na pewno spędzimy na koncertowaniu. Całą zimę. Żeby przeżyć tę okropną porę roku. Już teraz możemy potwierdzić występ w Kazimierzu Dolnym, w którym uwielbiamy grać.

TDGM: Co takiego szczególnego jest w Kazimierzu Dolnym?

CHØCØLATE: Atmosfera! Mamy też wrażenie, że tam działają zupełnie inne prawa rynku. Gdy szykujemy się na koncert w jakimś miejscu i widzimy, że na facebookowym wydarzeniu zapisała się konkretna liczba osób, to – mniej więcej – właśnie tylu ludzi widzimy później pod sceną. W Kazimierzu Dolnym natomiast na koncerty przychodzi znacznie więcej osób, niż mógłby to sugerować facebookowy event. Tam ludzie dowiadują się o koncertach ze słupów ogłoszeniowych na rynku. I chodzą na te koncerty, potrafią nawet zapłacić za bilet więcej niż powinni. Mieszkańcy Kazimierza wydają się być świadomi kulturalnie, są przyzwyczajeni do obcowania ze sztuką, chętnie chodzą na koncerty. Dlatego tworzą tak wspaniałą atmosferę, czego efektem są nasze genialne wspomnienia.

TDGM: A kto stoi pod sceną na Waszych koncertach? Potraficie opisać profil swojego odbiorcy?

CHØCØLATE: Dziewczyny! (śmiech) Głównie są to osoby w wieku 18-30 lat, ale my oczywiście nie robimy muzyki pod ludzi w konkretnym wieku.

TDGM: Trudno, żeby artyści mieli wpływ na to, kto ich słucha. Są jednak tacy twórcy, którzy bywają niezadowoleni z faktu, że ich muzyki słuchają gimnazjaliści…

CHØCØLATE: Fani to fani, nieważne, kim są i ile mają lat. To dzięki fanom artyści stają się znani. To fani płacą za bilety i kupują albumy. To chyba bardziej działa tak, że jedni artyści próbują dyskredytować innych przez to, że ich odbiorcami mogą być gimnazjaliści. Tylko dlaczego to jest coś złego? Przecież to chyba dobrze, że młody człowiek słucha muzyki, która może zmienić coś w jego światopoglądzie lub otworzyć jego umysł na inne brzmienia, prawda?

TDGM: Utrzymujecie kontakt ze swoimi słuchaczami? Lubicie z nimi rozmawiać? Czy unikacie ich?

CHØCØLATE: Naszym głównym medium jest Instagram i to właśnie poprzez niego mamy największy kontakt ze słuchaczami. Nie unikamy rozmów z ludźmi. Czasem wydaje nam się, że niektórzy boją się do nas zagadać, mają jakieś opory. Są artyści, którzy czują się lepsi, czują się gwiazdami i stronią od fanów. Osobiście brzydzę się (Victor) takimi ludźmi, takim stawianiem siebie na piedestale. Przecież gdyby nie fani, nie byłoby dla kogo grać.

TDGM: Traktujecie muzykę jako dobrą zabawę czy pracę?

CHØCØLATE: Każdy z nas aktualnie studiuje. Muzyka nie jest dla nas dodatkiem, bo wszystko, co w związku z nią robimy, robimy na 100%, jednak na ten moment musimy pogodzić ją ze studiami. Poza tym, będąc muzykiem w dzisiejszych czasach, dobrze jest mieć coś na wzór „planu B”, np. w postaci pracy zdalnej. Trzeba bowiem mieć świadomość tego, że trendy muzyczne się zmieniają, że może się wydarzyć dużo różnych rzeczy… W każdym razie w kontekście muzyki dajemy z siebie wszystko. Nagrywamy swoje próby, analizujemy później te nagrania i dopracowujemy różne kwestie.

TDGM: Czy Wasze studia mają związek z muzyką?

CHØCØLATE: Moje (Piotr), Marcina i Krzyśka nie mają żadnego związku. Victora poniekąd tak, ponieważ studiuje produkcję medialną (specjalizacja: organizacja produkcji medialnej). Krzysiek rok temu ukończył studium realizacji dźwięku w Warszawie.

TDGM: W Waszych materiałach prasowych przeczytałam (również), że realizatorem zapowiadanej przez Was EP-ki został Bryan David, człowiek współpracujący m.in. z Shakirą czy Miley Cyrus, czyli postaciami, które odniosły ogromny sukces komercyjny. Jak doszło do Waszej współpracy?

CHØCØLATE: Bryan jest amerykańskim producentem z robiącym ogromne wrażenie CV – pracował w Warner Bros., Disney’u, był dwukrotnie nominowany do nagrody Grammy. W lutym, w połowie trasy koncertowej Jewelry Tour, Victor skontaktował się z nim mailowo w celu omówienia warunków współpracy. Po głębszej analizie oferty uznaliśmy, że jesteśmy w stanie udźwignąć to finansowo, jednak potrzebowaliśmy również pomocy osób z zewnątrz, w związku z czym producencko wspierali nas także Adam Lato (m.in. przy brzmieniu gitar) oraz Eugene Shadziul (który współpracuje z Joanną Dark). Brzmienie naszego najnowszego materiału jest zatem efektem pracy łącznie siedmiu osób. I trzeba mieć to na uwadze, ponieważ wyżej wymieniona trójka wniosła bardzo dużo do ostatecznego kształtu tych piosenek. Każdy z nich dołożył swoją cegiełkę, za co jesteśmy im niezmiernie wdzięczni. Mamy nadzieję, że słuchaczom również spodoba się nasz nowy album, ponieważ będzie on znacząco różnił się od debiutanckiego „Jewelry” – spodziewajcie się mocno elektronicznych dźwięków!

[Katarzyna Janik/TDGM]

Wojtek Szczepanik – o „Instynkcie” i neoklasyce [WYWIAD]

Wojtek Szczepanik / fot. Justyna Prabucka

Wojtek Szczepanik wysłał do nas jakiś czas temu maila, w którym napisał, że ma do przedstawienia „coś całkiem, całkiem nowego” – album nagrany na pianinie w drewnianej kaplicy z XVIII wieku. Krążek, zatytułowany „Instynkt”, ujął nas swoim pięknem już przy pierwszym odsłuchu. Z przyjemnością zatem zadałyśmy Wojtkowi kilka pytań.

TDGM: Czy Twoja muzyczna przygoda zaczęła się od fortepianu? A może powinnam zadać tendencyjne pytanie: jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką?

Wojtek Szczepanik: Moja przygoda z muzyką zaczęła się trochę inaczej… Jako młody chłopak słuchałem rocka, więc najpierw wziąłem do ręki gitarę elektryczną. Zakładałem zespoły, grałem trochę punka, trochę rocka. W międzyczasie łamałem nawet pałeczki za perkusją. Pochodzę z dość małego miasta i nie udało mi się w nim trafić na muzyków o podobnym guście. W pewnym momencie przerzuciłem się na fortepian i stwierdziłem, że ten jeden instrument mi wystarczy, że nie potrzebuję zespołu. Od tego się zaczęło…

TDGM: Z punka i rocka przerzuciłeś się na neoklasykę, to bardzo ciekawe. Czy miało to związek z jakąś przemianą Twojej osobowości? Czy to było coś na wzór: młody, niepokorny chłopak dorasta/dojrzewa, przestaje się buntować, wycisza się…?

Wojtek Szczepanik: Nigdy nie byłem zbuntowanym chłopakiem. Pamiętam, że w młodości, tej „młodszej młodości”, zawsze czekałem na okres buntu, ale on po prostu nie nadszedł. Chociaż może moi rodzice mieliby inne zdanie… Być może przeżywałem muzyczny bunt. Miałem kiedyś więcej energii i potrzebowałem się wyżyć, może stąd ten punk i rock. Z czasem ta energia opadała. Zauważyłem, że tworzę coraz spokojniejsze i łagodniejsze utwory.

TDGM: Na Twojej stronie internetowej jest napisane, że miałeś styczność z rockiem, bluesem, jazzem. Jak to się stało zatem, że zajmujesz się aktualnie neoklasyką?

Wojtek Szczepanik: Każda muzyka ma coś do przedstawienia i coś wnosi. Czerpałem inspiracje ze wszystkich tych gatunków i mam wrażenie, że dzięki temu moja twórczość w pewnym sensie się wyróżnia. W neoklasyce podoba mi się to, że uchodzi za ambitny i potencjalnie trudny gatunek, a mimo to nie trzeba być zawodowym muzykiem, aby komponować. Zadanie polega na tym, żeby stworzyć muzykę instrumentalną, która opowiada historię bez słów, historię, która utkwi nam w pamięci na dłużej, a to już jest, moim zdaniem, duże wyzwanie, którego się z przyjemnością podejmuję.

TDGM: Neoklasyka jest raczej mało popularnym gatunkiem. Zechcesz opowiedzieć o nim nieco więcej?

Wojtek Szczepanik: Można powiedzieć, że to muzyka alternatywna. Występują w niej najczęściej akustyczne instrumenty, takie jak fortepian, smyczki czy dęciaki. Jeśli pojawia się syntezator, to też jest dobrany w taki sposób, że idealnie wkomponowuje się w tło. Żyjemy w sztucznym i szybkim świecie. Otaczają nas ekrany, smartfony, jest też trochę kłamstwa i życia na pokaz. Neoklasyka jest szczera i pozwala na chwilę oderwać się od współczesnej rzeczywistości. Moja płyta, „Instynkt”, jest właśnie o tym, aby na chwilę odpocząć. Dlatego udałem się na spokojną wieś, do historycznej kaplicy, żeby nagrać czysty, akustyczny instrument. Pianino nie brzmiało tam idealnie, ale było prawdziwie, a za tym kryje się, moim zdaniem, prawdziwe piękno. O to właśnie chodziło – żeby zarejestrować instrument w danej przestrzeni takim, jakim jest.

TDGM: Co najbardziej podoba się Tobie w tym nurcie?

Wojtek Szczepanik: Szczerość.

TDGM: „Instynkt” jest Twoją drugą płytą. Opowiesz coś o debiucie?

Wojtek Szczepanik: Debiutancki album, „Margines”, to zbiór ośmiu utworów. Przeplatają się w nich chwytliwe melodie z ciekawymi, rytmicznymi kombinacjami. Płyta charakteryzuje się prostotą – to jej główny atut. Nagrałem ją, mając trzy lata stażu z fortepianem, więc stosunkowo mało. Mimo to brzmi profesjonalnie i na swój sposób ciekawie, ponieważ w „Marginesie” słychać młodzieńczą energię, pasję i świeżość. W tamtym czasie inspiracje czerpałem głównie od Ludovica Einaudiego i Yanna Tiersena.

TDGM: „Instynkt” powinien kojarzyć się z odpoczynkiem, odskocznią od pędzącego świata. A „Margines”?

Wojtek Szczepanik: Tytuł „Margines” naszedł mnie w kościele. Moje najlepsze pomysły wpadają mi do głowy właśnie w kościele. Margines jest takim miejscem w zeszycie, którego się nie zauważa, ale kiedy chcesz zapisać coś ważnego, jakąś datę, numer itp., to najczęściej kierujesz długopis na ten obszar oddzielony czerwoną linią. Wtedy nagle zaczynasz go widzieć. Tak samo jest z muzyką – gdy ją poznasz, to do niej wrócisz. Jeśli jednak jej nie poznasz, nie zauważysz jej w gąszczu masowych produkcji muzycznych.

TDGM: Najnowszy album wydałeś po trzech latach od ukazania się „Marginesu”. Ile czasu pracowałeś nad „Instynktem”?

Wojtek Szczepanik: Sam materiał został napisany w przeciągu paru miesięcy, dłużej trwało przygotowanie sesji nagraniowej. Trzeba było znaleźć miejsce z odpowiednią akustyką, czyli przestrzeń ograniczoną z każdej strony drewnem. Znalazłem małą kapliczkę w Palczewie, w województwie pomorskim. Wtedy zaczęły się rozmowy z proboszczem, a także z biskupem. Po około trzech miesiącach dostałem pozwolenie, by wejść do kościółka z pianinem. Wtedy się zaczęło…

TDGM: Skąd pomysł na nagranie płyty w kaplicy?

Wojtek Szczepanik: Chciałem stworzyć coś nowego. Zależało mi na tym, aby znaleźć odpowiednie brzmienie dla swojej muzyki, niecodzienne. Akustyka w drewnianym pomieszczeniu jest o tyle ciekawa, że charakteryzuje się ciepłą i głęboką barwą. Ustawiliśmy około siedmiu mikrofonów w różnych miejscach, aby zarejestrować rzeczywisty, naturalny pogłos. Podczas miksu materiału w studiu pracowano głównie na pogłosie pochodzącym z kaplicy. Dzięki takiej realizacji otrzymano naturalny, może nie do końca idealny, ale prawdziwy dźwięk. W nagraniach występują ciekawe detale, takie jak dźwięki stóp naciskających pedały, uderzenia palców o klawisze czy nawet ptaki ćwierkające poza kaplicą, w końcu to była wieś… Przy okazji kościółek okazał się być przepiękny, więc musieliśmy nagrać też obraz – tak powstał krótki dokument o „Instynkcie”.

TDGM: Jaka była pierwsza reakcja proboszcza i biskupa na Twój pomysł?

Wojtek Szczepanik: (śmiech) Wyobraź sobie, że przychodzi do ciebie dzieciak i mówi: „fajny kościół, mogę nagrać tu płytę?”. Mniej więcej tak zacząłem, bo nigdy nie tworzyłem podobnych projektów. Początki są trudne i tak właśnie było tym razem. Po kilku miesiącach notorycznego dzwonienia do proboszcza, stwierdził, że rzeczywiście mi zależy i skierował list do biskupa, który nie miał problemów z udzieleniem pozwolenia na rejestrację muzyki w kaplicy. Dostałem warunki, spełniłem je i zaczęliśmy nagrania.

TDGM: Co było największym wyzwaniem w związku z procesem nagrywania „Instynktu”?

Wojtek Szczepanik: Namówienie proboszcza do mojej idei i zapewnienie go, że nie odprawię czarnej mszy w kościele. Reszta była już tylko przyjemnością.

[Katarzyna Janik/TDGM]

Meek, Oh Why? – o zespole i współpracy z innymi artystami [WYWIAD]

Meek, Oh Why?

Meek, Oh Why? to nie tylko Mikołaj Kubicki, jak wydawało mi się przez dłuższy czas. To pięcioosobowy zespół, który – poza Mikołajem – tworzą Mateusz Hulbój, Wawrzyniec Topa, Maciej Porada oraz Karol Szczygieł. Jak układa im się współpraca? Czy Mikołaj jest liderem grupy? Tych i kilku innych rzeczy dowiecie się z wywiadu, który jakiś czas temu przeprowadziłam z chłopakami we Wrocławiu.

[Katarzyna Janik/TDGM]

Heidrik – o byciu artystą i nowej płycie [WYWIAD]

Heidrik

Jest wiele form wyrażania siebie i są tacy artyści, którym jedna forma nie wystarczy. Zalicza się do nich Heidrik, wszechstronny artysta pochodzący z Wysp Owczych, który dał się już poznać jako malarz, reżyser, a także muzyk. Niedawno podpisał kontrakt z polską wytwórnią Fonobo, która w październiku wyda jego płytę zatytułowaną „Funeral”. Heidrik zaintrygował nas swoją wrażliwością, konsekwentnym dążeniem do postawionych sobie celów oraz… grą na ukulele. Nie mogłam zatem odmówić sobie przyjemności zadania mu kilka pytań dotyczących jego twórczości.

TDGM: Jesteś bardzo utalentowany. Ludzie są pod wrażeniem Twoich dzieł – malarskich, reżyserskich i oczywiście muzycznych. Wiem, że wszystkie te dziedziny są dla Ciebie równie ważne. Czy działanie na tylu polach wiąże się ze swoistym głodem życia? Chciałbyś zrobić w życiu tyle, ile się da? Czy po prostu jesteś pracoholikiem?

Heidrik: Jest to dla mnie forma wyrażania samego siebie. Jeśli bym tego nie robił, czułbym się źle sam ze sobą… trochę uciśniony, bo musiałbym wszystko zostawiać tylko dla siebie i pewnie wpadłbym w depresję. Nie jestem typem introwertyka, muszę z siebie wszystko wyrzucać już, natychmiast. W mojej głowie dzieje się tak dużo, że gdybym tego nie robił, pewnie by eksplodowała.

TDGM: Każdy miewa takie dni, kiedy nic się nie udaje albo zwyczajnie jesteśmy nieefektywni i brakuje nam kreatywności. Jak radzisz sobie z takimi sytuacjami?

Heidrik: Czuję się bardzo źle, jeśli cały dzień nic nie robię. Nie lubię poczucia, że zmarnowałem czas, który mogłem przecież wykorzystać zupełnie inaczej. Chciałbym, żebyś mnie dobrze zrozumiała – tak czuję się tylko wtedy, kiedy naprawdę nie robię nic, tylko siedzę na kanapie w dresie w samotności. Uważam, że dobra zabawa, czas spędzony z przyjaciółmi to również czas dobrze spędzony – czas dla duszy.

TDGM: Bycie artystą nie jest łatwe, to trudny biznes. Czy miewasz momenty, w których masz ochotę rzucić wszystko i rozpocząć zupełnie nową karierę?

Heidrik: Jasne, że jest ciężko. Nie ma za dużo pieniędzy. Myślałem nawet o tym, żeby znaleźć sobie pracę od 9:00 do 17:00, ale później pomyślałem, że… chyba umrę. Muszę pracować z moją sztuką non stop, czy malując, czy pisząc nową muzykę. To sprawia, że nigdy nie oszaleję. Mam nadzieję, że pewnego dnia to wszystko zacznie się opłacać również finansowo.

TDGM: Co miało na Ciebie największy wpływ jako na artystę? Co spowodowało, że obrałeś tę drogę?

Heidrik: Ta historia nie wygląda tak, że kiedyś nagle się obudziłem i pomyślałem: „o, teraz zostanę artystą”. Zawsze wiedziałem, że nim będę i to właśnie sztuką będę się zajmował w życiu. Nawet kiedy nie byłem jeszcze w stanie wymówić dobrze słowa „artysta”. Taki się po prostu urodziłem. Ta droga była dla mnie tak naturalna jak jedzenie czy spanie – wszystkie te rzeczy, które robimy, żeby po prostu żyć.

TDGM: Przeczytałam gdzieś, że to Ralph Kaminski zaprezentował Twój materiał swojemu menadżerowi i wytwórni Fonobo. Jak się poznaliście?

Heidrik: Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych i od razu się zaprzyjaźniliśmy. Wysłałem mu swoją płytę i chyba całkiem mu się spodobała.

TDGM: Musiała mu się bardzo spodobać. Planujecie zrobić coś razem?

Heidrik: Pomogłem Ralphowi przy jego najnowszym klipie, który kręciliśmy w kwietniu w Polsce. Myślę, że będzie to piękny obrazek. Ralph jest niezwykle utalentowany!

TDGM: Jakie są Twoje oczekiwania względem współpracy z polską wytwórnią?

Heidrik: Oczywiście ogromne! Jestem bardzo podekscytowany, że możemy razem pracować. Mam nadzieję, że moja muzyka dotrze do wszystkich Polaków, że będę grał dużo koncertów, zostanę sławny i bogaty, kupię jacht albo prywatny samolot, może jeszcze willę… żartuję! Chcę grać i tworzyć – na tym mi zależy.

TDGM: Tytuł „Funeral” nie brzmi zbyt optymistycznie. Dlaczego zdecydowałeś się nazwać tak płytę?

Heidrik: Na początku chciałem zatytułować mój album „Zakończenie”, ale uznałem, że nie jest to wystarczająco dobra nazwa. Pożegnałem się z wieloma aspektami mojego życia i zrobiłem miejsce na nowe. Ten album mówi o tym, że mimo, iż pożegnania potrafią być trudne i złamać ci serce, czasami warto po prostu odpuścić. Album jest o mojej przeszłości. Chciałem w sposób piękny i oparty na szacunku pożegnać się z tym, co było. A pogrzeby są według mnie piękne. Są pięknym sposobem, żeby znaleźć swoje „zakończenie”.

TDGM: Słuchałam ostatnio „Funeral”. Melodie wydają się być dość proste, surowe, co niejako obnaża warstwę liryczną. Nie możesz się zatem schować za muzyką. Czy to było zamierzone?

Heidrik: Kiedyś bardzo dużo pracowałem przy wielkich produkcjach muzycznych, z niezliczoną ilością tracków, elektroniki i syntezatorów. Kiedy zacząłem więcej czasu poświęcać na naukę pisania utworów – zarówno słów, jak i muzyki – uświadomiłem sobie, jak ważny jest szkielet utworu. Jeśli szkielet jest dobry, nie musisz go ukrywać pod skomplikowaną produkcją. W minimalistycznych, ale bardzo dobrze rozpisanych utworach odkryłem na nowo piękno. Piękno, które tkwi w prostocie. I tak jak powiedziałaś – przy prostej konstrukcji słowa stają się jeszcze ważniejsze, a na tym albumie mają szczególne znaczenie. Jeśli założymy, że melodia to czyjaś fizyczność, wygląd, to tekst jest jego osobowością. Piękny człowiek bez osobowości nie jest zbyt atrakcyjny.

[Magda Rogóż/TDGM]