Fismoll

V.A. „Albo inaczej 2” [unboxing]

V.A. „Albo inaczej 2”

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczna płyta – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wydana została kompilacja pt. „Albo inaczej 2”:

Reklamy

MaJLo „Over the Woods” [RECENZJA]

MaJLo „Over the Woods”
Sounddict / 24.03.2017

Przychodzą takie momenty, kiedy człowiek jest na tyle zmęczony rzeczywistością, że najchętniej by zniknął, rzucił wszystko i zaszył się w totalnej głuszy. Z dala od zgiełku, stresu, presji. Tylko po to, by wsłuchać się w siebie, odpocząć, oczyścić umysł i poczuć inne emocje. Sama czasem chciałabym uciec w góry lub do lasu, gdzie jedynym, co będę słyszeć, to szum drzew, śpiew ptaków, po prostu odgłosy natury. Kiedy jednak warunki na to nie pozwalają, z pomocą przychodzi muzyka. Tak, są takie płyty, które swoim brzmieniem przenoszą nas właśnie tam, gdzie chcemy. Mnie do – osadzonych w marzeniach oczywiście – lasu i w góry przeniosła płyta MaJLo pt. „Over the Woods”.

Krążek zabrałam ze sobą w podróż pociągiem i już po pierwszych dźwiękach wiedziałam, że to album drogi. Co fajne, słuchając go, wcale nie musisz patrzeć za okno przemierzającego trasę środka transportu. Równie dobrze możesz siedzieć w swoim pokoju, zamknąć oczy, wcisnąć „play” i sekundę później znaleźć się w zupełnie innym miejscu.

Taką otoczkę i nastrój budują przede wszystkim melodie, które opierają się głównie na delikatnych szarpnięciach w struny gitary akustycznej i dźwiękach fortepianu. Całość doznań wzmacniają natomiast uderzenia w perkusję, brzmienie basu czy elementy elektroniczne, między którymi łagodnie faluje wokal Macieja Milewskiego. Przyjemnymi dodatkami są odgłosy szumiącej wody (we wstępie do „Lullaby”), dźwięk uderzających o siebie pałeczek (w utworze pt. „Another Day”) czy fragmenty przemowy (w „Still Alive”). Wszystko to, wplecione w główną melodię, fajnie wwierca się w świadomość, ciesząc przy tym, iż zostało wyłapane.

Co urzeka najbardziej – płyta jest bardzo spójna, równa. MaJLo utrzymuje podobną energię, nawet jeśli tempo kompozycji momentami się zwiększa, jednocześnie jednak nie sposób poczuć, że słucha się wciąż tego samego. Kolejne utwory mają swoje „smaczki”, wszystko jest idealnie wyważone. Dlatego też trudno jest wybrać z tracklisty jeden, ten ulubiony kawałek.

Słuchając „Over the Woods”, łatwo o odniesienia do takich artystów jak Fismoll, Ásgeir czy Ben Howard. Z tego typu porównaniami MaJLo raczej się nie minie, ale ostatecznie stawia to jego twórczość w dobrym świetle. Trzeba być bowiem obdarzonym ogromną wrażliwością, żeby tworzyć muzykę tak piękną i tak bardzo angażującą emocje słuchacza.

[Magda Rogóż / TDGM]

Artur Rojek i Fismoll wystąpią podczas Colours of Ostrava 2016 [FESTIWAL]

Artur Rojek / Fismoll

Artur Rojek / Fismoll

Multikulturowy festiwal Colours of Ostrava co roku przyciąga interesującym line-upem, który zasilają artyści z najróżniejszych zakątków świata. W Ostravie na przestrzeni lat pojawiali się również artyści z Polski. Byli to m.in. Hey, The Dumpings, Bokka czy Maria Peszek.

W tym roku Polskę reprezentować będą właśnie ogłoszeni Artur Rojek oraz Fismoll, a także zapowiedziany już kilka miesięcy temu zespół The Freeborn Brothers.

Wydarzenia na Facebooku:
Colours of Ostrava 2016 / Czechy / Ostrava / 14-17 lipca 2016
Colours of Ostrava 2016 / Czechy / Ostrava / 14-17 lipca 2016

Fismoll – o słowach, emocjach i przeżyciach [WYWIAD]

Fismoll

Fismoll

Zanim o Fismollu usłyszały tłumy i zanim zaczął wyprzedawać koncerty, poznałam go jako ogromnie utalentowanego, ale bardzo skromnego chłopaka z Dębca. Arek dał się poznać jako człowiek z pasją, dla którego muzyka jest tak samo ważna jak powietrze i dla którego liczy się drugi człowiek. To pewnie dlatego podczas naszego pierwszego spotkania nie miał problemu z tym, by zaprosić mnie do swojego świata i przez kilka godzin opowiadać o tym, co i jak tworzy, co i jak go inspiruje, skąd się to wszystko bierze i czego lubi słuchać. Z sentymentem wracam do tamtego dnia i z ogromną chęcią oraz ciekawością wypytałam Fismolla o te kwestie, które w jego artystycznej działalności oraz w postrzeganiu świata mogły zmienić się od tamtego czasu.

TDGM: Nie mogę nie zapytać o pierwszy opublikowany przez Ciebie polski utwór. Naprawdę aż tak bardzo zaskoczyło Cię jego przyjęcie przez fanów? To jest piękny utwór.

Fismoll: W dużym stopniu wynikało to ze strachu przed czymś nowym. Samo napisanie przeze mnie tekstu po polsku było nowością, mimo że na co dzień tym językiem się posługuję, w tym języku myślę i kocham. Czy mnie zaskoczyło? Zrobiło mi się po prostu nad wyraz miło, ale nutka zaskoczenia również w tym była. To miłe, gdy ktoś przyjmuje coś „nowego” z uśmiechem i – jakby tego było mało – chce jeszcze.

TDGM: Masz dar ubierania uczuć i emocji w słowa, przyoblekania ich w metafory. Dlaczego zatem nie śpiewasz po polsku, w języku, który słów na nazwanie tych stanów ma znacznie więcej niż angielski? Przynajmniej tak mi się wydaje. Jak Ty to widzisz?

Fismoll: Chodzi o nagość i o głupotę. Nie jestem mądrym człowiekiem, przeczytałem trochę książek w życiu, ale nie potrafiłem przeczytać przez parę lat choćby artykułu o jakiejś gitarze. Odkryłem, że – może kosztem wiedzy – wystarcza mi odczuwanie, czucie. W pewnym momencie zacząłem jednak bardzo mocno rozkoszować się poezją. Polską poezją. Nie byłem jednak nigdy przekonany do napisania tekstu w języku polskim, bo nie chciałem się aż tak – można rzec, że sam dla siebie – odkrywać. Gdy śpiewam w języku angielskim, zdaję sobie sprawę z tego, o czym śpiewam, ale jest to w jakimś stopniu rozmazane, skupiam się bardziej na melodii, aranżacji, tym, co dzieje się poza tekstem. Odwrotnie jest, gdy śpiewam po polsku. W 90% mój organizm składa się z sentymentu. Gdy śpiewam po polsku, to zawsze jest to w moim odczuciu na pierwszym planie, jestem strasznie narażony na działanie słów, pięknych zdań, jestem w stanie przeczytać jeden wers jakiegoś z wierszy Herberta, Krynickiego czy choćby Kofty i w tym samym momencie napełnić się łzami. Tekst do „Jaśnienia” jest radosny, ma w sobie nadzieję, jest czymś nowym i nie jest dla mnie aż tak emocjonalnie obnażający, ale powstało ostatnio parę utworów, które są już tekstowo inne. Takie, że nie wiem, czy będę mógł śpiewać je na koncertach. Są sentymentalne.

TDGM: Lubisz słowo, rzeźbienie z niego opowieści?

Fismoll: Lubię przeczytać wiersz, który z chęcią wytatuowałbym sobie na czole, do końca życia dumnie z nim chodząc. Lubię wzruszać się przy pojedynczych słowach wymawianych przez aktorów w filmach starszych ode mnie. Lubię myśli w pewnych momentach dnia, które od razu sobie notuję, by później móc do nich wrócić, czy też rozwinąć je i wyśpiewać. Uwielbiam wszystko to, co pozwala mi czuć, że jestem człowiekiem i mogę wybierać.

TDGM: Zbudowałeś z przyjaciółmi studio. Ma służyć Tobie, czy wiążesz z nim jakieś inne plany?

Fismoll: Zbudowałem je z przyjacielem Piotrkiem. Studio to może zbyt duże słowo – zbudowaliśmy razem pomieszczenie akustyczne. Póki co, mieszkam w Warszawie, mam ogromny pokój, który – pomyślałem – czemu miałby nie stać się profesjonalnym studiem domowym (co prawda, domowe studio w dzisiejszych czasach trudno nazwać profesjonalnym, ale tak właśnie jest w tym przypadku)? Można tu nagrać wszystko, prócz orkiestry kameralnej i chóru. Pachnie drewnem, jest domowo. Ma służyć przede wszystkim mnie, ale powoli zaczynam spełniać marzenie pomagania innym ludziom, by mogli nagrywać swoje myśli w profesjonalnych warunkach.

TDGM: Masz studio, wyprodukowałeś utwór Twojej siostry. Ciągnie Cię w tę stronę? Tworzenie muzyki dla samego siebie przestało Ci wystarczać, czy wynika to z czegoś innego?

Fismoll: Wynika to z potrzeby duszy. Uwielbiam poznawać ludzi, ich myślenie, sposób bycia, pragnienia i tęsknoty. Podczas nagrywania muzyki najłatwiej jest dostrzec wszystkie te rzeczy, bo to w dużym stopniu wtedy właśnie człowiek otwiera się na drugiego, ale i na siebie. Nie nagrywam metalowych kapel, śpiewających o krwi i brudzie (choć z chęcią bym czegoś takiego spróbował), a ludzi, którzy są wrażliwi na rzeczy drobne, niuanse. Rzeczą więc naturalną są tematy piękne, inspirujące, będące pożywieniem dla niektórych głodnych i wrażliwych części mózgu i serca. Kolejną rzeczą jest chyba satysfakcja. Satysfakcja z tego, że można komuś po prostu pomóc.

TDGM: Spotkaliśmy się niejednokrotnie, na różnych etapach Twojej kariery. Spoglądając z perspektywy czasu na to, co osiągnąłeś, w jakim miejscu się znalazłeś, jest coś, co byś zmienił, zrobił inaczej?

Fismoll: Tak, podjąłbym w życiu parę innych decyzji i nie popełnił błędów, przez które wiele utraciłem. Oczywiście, wszystko ma dwie strony medalu, więc nie ma tego złego… Jeżeli chodzi o muzykę, to nie zmieniłbym niczego. Obiecałem sobie, że do końca życia będzie ona czystym odzwierciedleniem mojej osoby, pewną referencją, wyznacznikiem tego, czy wszystko ze mną jest okej.

TDGM: A jak bardzo zmieniło się Twoje tworzenie w momencie, kiedy przeprowadziłeś się do Warszawy? Czujesz jakąś różnicę?

Fismoll: Chciałem wyjechać z domu, żeby zobaczyć, jak to będzie. Jest okej, ale kiedy tylko wracam do rodzinnego mieszkania w bloku na moim ukochanym Dębcu, to wiem, że mógłbym tam spędzić resztę swojego życia i że to właśnie tam najlepiej mi się tworzy. Mam tam lekkość i delikatność, której nie doświadczyłem nigdy nigdzie indziej.

TDGM: Pamiętam Cię jako skromnego chłopaka, który o tworzeniu muzyki opowiadał właśnie w swoim pokoju, w bloku na Dębcu. Jak po takim czasie odnajdujesz się w branży muzycznej? Czujesz się spełniony? Znalazłeś swoje miejsce?

Fismoll: Będę spełniony, gdy na końcu swojego życia, umierając, uśmiechnę się do siebie i powiem na głos samemu sobie, że miałem piękne życie, że przeżyłem je tak, jak chciałem je przeżyć. Póki będę żył w pełnej zgodzie z samym sobą, nie powinienem się pogubić, musieć odnajdywać. Po prostu jestem, po prostu doświadczam, przeżywam, wzruszam się, czasami na głos przeklnę, chyba się rozwijam, kocham. Moje miejsce jest wszędzie tam, skąd nie chce się uciekać, a spełniony nie poczuję się nigdy. Jakkolwiek to brzmi, „uśmiecha” mnie to od prawego do lewego ucha codziennie.

TDGM: Grasz mnóstwo koncertów, w różnych konfiguracjach, jeśli chodzi o skład. Czy teraz, po drugiej płycie i EP-ce gra Ci się inaczej niż po pierwszej? Coś idzie lepiej, gorzej? Zmieniły się Twoje oczekiwania co do publiczności i ich zaangażowania?

Fismoll: Czuję się na pewno troszkę bardziej swobodnie i jestem nieco pewniejszy siebie na scenie, choć oczywiście zależy to od wielu czynników. Niektóre koncerty są czymś w rodzaju katharsis, inne podobno „uśmiechają” ludzi i dają im swobodę mentalną. Po niektórych schodzę ze sceny ze łzami, bo wciąż nie umiem uwierzyć w to, że mogę grać, że dostałem taką zdolność i że są ludzie, którzy chcą mnie słuchać. Po niektórych idę na papierosa, by przetrwać to, jak bardzo brakowało mi świetnego dźwięku i dobrego odsłuchu. Różnie to bywa. Co do publiczności – moje oczekiwania od samego początku są takie same i nie zmienią się – chcę, by ludzie czuli się jak w domu, nawet jeśli jest to koncert grany dla paru tysięcy osób.

[MR/TDGM]

Fismoll we Wrocławiu [RELACJA]

Fismoll we Wrocławiu / fot. Fismoll

Fismoll jest dla mnie artystą wyjątkowym. Młody, na scenie obecny od trzech lat, a jednak – mimo jego krótkiej jeszcze kariery – mam do niego ogromny sentyment. Minęło trochę czasu, od kiedy ostatni raz słuchałam go na żywo. Przychodzi bowiem moment, kiedy w muzycznej relacji z artystą trzeba dać sobie nieco więcej przestrzeni po to, by po jakimś czasie zachwycić się nią na nowo. Dla mnie tym momentem ponownego zachwycenia się było ukazanie się EP-ki pt. „Abandoned Stories”, a wraz z nią pierwszego polskiego utworu Arka, czyli kompozycji zatytułowanej „Jaśnienie”, która totalnie mnie oczarowała. Nie mogłam zatem odmówić udziału w jego sobotnim koncercie, który odbył się we wrocławskim Firleju. Tym bardziej, że do tej pory nie miałam też okazji uczestniczyć w jego solowym występie.

To, że podczas solowych koncertów atmosfera jest bardziej kameralna, intymna, że artysta jest bardziej nagi, wszystkim jest raczej wiadome. Inaczej bowiem gra się, a już na pewno odbiera muzykę, gdy na scenie towarzyszy artyście zespół, a inaczej, gdy dziesiątki czy setki oczu i uszu są skupione wyłącznie na nim. Fismoll i tak dość mocno obnaża się przed słuchaczami w swojej twórczości. Mogłoby się zatem wydawać, że występ w pojedynkę będzie dla niego bardziej stresujący. I chociaż tak było – o czym sam zapewniał – to odnalazł się w tej sytuacji rewelacyjnie.

Idąc na koncert Fismolla, mniej więcej wiadomo jakiego klimatu można się spodziewać. Jego muzyka wywołuje skupienie, wprowadza pewien spokój, pozwala odpocząć od pędu dnia codziennego, ale też wzrusza lub wyzwala uśmiech. I tego nie zabrakło podczas sobotniego koncertu. Po raz pierwszy bowiem na koncercie Arka doświadczyłam pełnej ciszy podczas wykonywania przez niego utworów. Nikt nie rozmawiał, a jeśli tak, to w sposób, który nie przeszkadzał innym.

Tamtego wieczoru ze sceny wybrzmiały wszystkie ważne dla artysty utwory. Nie zabrakło „Let’s Play Birds”, „Look at This”, „Close to the Light”, „Let Me Breath Your Sigh” z pierwszej płyty, jak również „Eager Boy”, „Tales”, „Soldier” i „Let Me Breath My Sigh” z drugiego krążka. Słusznie jednak odniosłam wrażenie, że nie tylko ja przyszłam na ten koncert dla wspomnianego już „Jaśnienia”. Fismoll nie uwzględnił go na swojej setliście, ale chętnie spełnił prośbę publiczności na koniec koncertu i uraczył ją pięknem tej melodii i tekstu. Chyba nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że kompozycja pt. „Jaśnienie” stała się doskonałym zwieńczeniem tego pełnego skupienia wieczoru.

Znam już Fismolla jako rewelacyjnego muzyka, wrażliwego artystę, a w sobotę poznałam go jako… zabawnego gawędziarza. Arek raczył publiczność opowieściami, anegdotami i własnymi przemyśleniami przez cały koncert, wypełniając nimi ciszę pomiędzy utworami, kiedy dostrajał gitarę. Zabawianie swoich gości i dbałość o to, by jak najprzyjemniej spędzili wieczór, to cechy dobrego gospodarza. I takim też Fismoll się okazał.

Myślę, że swoim zachowaniem, nastawieniem, przejawami grzeczności sprawił, że słuchacze poczuli się tak, jakby odwiedzali dobrego znajomego. Fismoll nie tylko bowiem dzieli się z ludźmi swoją intymnością, ale też daje poczucie, że każdemu poświęca swoją uwagę, choć ludzi pod sceną jest tak wielu. Dzięki temu publiczność chce w pełni uczestniczyć w koncercie – słucha go w skupieniu, ale też chętnie zagaduje i wyczekuje spotkania po występie, by zamienić z Arkiem choć kilka słów. To się docenia, takiego artysty słucha się latami i bardzo chętnie wraca się na jego kolejne koncerty. Nawet po dłuższej przerwie.

[MR/TDGM]