Florence and the Machine

Florence and the Machine „High as Hope” [unboxing]

Florence and the Machine „High as Hope”

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczna płyta – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wydana została płyta Florence and the Machine pt. „High as Hope”:

Reklamy

Florence and the Machine „How Big, How Blue, How Beautiful” [RECENZJA]

Florence and the Machine "How Big, How Blue, How Beautiful" Universal Music / 2.06.2015

Florence and the Machine
„How Big, How Blue, How Beautiful”
Universal Music / 2.06.2015

Jeśli porównać legendy muzyki rozrywkowej z młodymi artystami, którym często bliżej do miana celebrytów, trudno nie postrzegać tych drugich w kategorii szybko spadających gwiazd. Wywołując sensację swoim debiutem, być może kilkoma następnymi albumami, świecą jasno na firmamencie, jednak po krótkim czasie gasną. W obliczu coraz łatwiejszego dostępu do muzyki tak w ogóle, nie jest łatwo zapoznać się ze wszystkim, a także skupić swojej uwagi na jednym konkretnym artyście i oddawać mu hołd, jak to miało miejsce w przypadku Michaela Jacksona, Madonny, The Rolling Stones, Pink Floyd czy AC/DC. Jeśli jednak ktoś ze współczesnych muzyków ma szansę stać się legendą, to jest to Florence Welch, która po raz kolejny potwierdziła, że muzyką nie zajmuje się przez przypadek.

Najnowszy album Brytyjki, pt. „How Big, How Blue, How Beautiful”, nie tylko podkreśla ugruntowaną już w show biznesie pozycję artystki, ale przede wszystkim świadczy o tym, że Florence dojrzewa i nabiera większej pewności siebie. Wraz z trzecim krążkiem porzuca ona bowiem baśniowe i fantastyczne elementy, senne potwory i demony na rzecz przyziemnych, realnych problemów, które i tak są wystarczająco dramatyczne. Artystka nauczyła się opowiadać wprost o swoich emocjach i doświadczeniach, stając się przy tym bardziej bezpośrednią, a przez to też bardziej autentyczną.

Tym, z czego Florence nie zrezygnowała, to odwołania do symboliki. Artystka powołała się na filozoficzne powiązanie ludzkich emocji z żywiołami. Woda i powietrze, do których nawiązuje tytuł albumu, są wielkie, błękitne i powodują zachwyt. Jednocześnie wzbudzają poczucie pokory przed ich rozmiarami i siłą, których nic nie jest w stanie okiełznać. To połączenie stanowi piękną alegorię dla ludzkiego życia, które wywołuje w nas podziw, ale też lęk i bezradność. Stawia nas w obliczu kwestii, na które nie mamy wpływu.

Siłę temu przekazowi nadają muzyczne podkłady, w których zastosowano bardzo bogate instrumentarium. W brzmieniu płyty usłyszeć można zarówno silne uderzenia perkusji, ciężki bas, jak również instrumenty smyczkowe i sekcję dętą. Z drugiej jednak strony nie brakuje także delikatnych dźwięków, które równoważą całość i, mimo wszystko, nadają całości lekkości. Wyważone aranżacje sprawiają, że to bogactwo nie przytłacza, a wręcz ogarnia wszystkie zmysły, absorbuje uwagę i wciąga w opowiadane historie. I to w taki sposób, że nie można się od nich uwolnić aż do zakończenia płyty.

Większość kawałków śmiało może pretendować do miana hymnów. Na przykład otwierający album, rockowy „Ship to Wreck”, który aż chciałoby się wyśpiewać z Florence podczas któregoś z letnich festiwali. Mocna perkusja równoważona jest tutaj przez gitarowe riffy, które kreują radosną aurę, choć utwór sam w sobie opowiada smutną historię. Podobnie jest w przypadku „Third Eye”, który kipi energią i siłą swojego przekazu ma szansę powtórzyć sukces „Dog Days Are Over”. Pod względem brzmienia w opozycji do wymienionych właśnie kompozycji stoją pełny majestatu utwór pt. „Queen of Peace”, w którym instrumenty dęte rozbrzmiewają już na samym początku, wywołując ciarki na ciele, a także tytułowy numer, w którym dźwięki trąbek, puzonów i klarnetów podkreślają wielkość wspomnianych żywiołów i ich potęgę.

Przy okazji płyty nie sposób nie wspomnieć także o wokalu Florence, który jest jej najmocniejszym punktem. Na „How Big, How Blue, How Beautiful” Brytyjka mocno koncentruje się na dynamice wokalu. Perfekcyjnie modulując głosem, oddaje wszystkie emocje, którymi chce się podzielić ze słuchaczami. Siła jej głosu działa niczym armata, która rozbraja totalnie i przeszywa na wskroś do tego stopnia, że sama nie raz, nie dwa wykrzykiwałam z artystką słowa jej utworów.

Nowy krążek Florence to kolejny krok w jej karierze, sposób na poradzenie sobie z własnymi doświadczeniami i emocjami, ale przede wszystkim to świetnie dopracowany album. Zachowanie balansu przy takim bogactwie elementów nie jest rzeczą łatwą, jednak Brytyjce i jej współpracownikom wyszło to niemal idealnie.

4,5/5

[MR/TDGM]