„Hairless Toys”

Nowy album Róisín Murphy ukaże się w lipcu [MUSIC]

Róisín Murphy

Róisín Murphy niemalże rok temu powróciła po ośmioletniej przerwie z albumem pt. „Hairless Toys”, a w lipcu (dokładnie 8.07) ukaże się następca tego longplay’a – „Take Her Up to Monto”. Materiał został zarejestrowany podczas sesji nagraniowych do poprzedniej płyty, a za produkcję odpowiedzialny jest również Eddie Stevens.

„Take Her Up to Monto” będzie jeszcze bardziej eksperymentalnym dziełem niż jego poprzednik, czyli krążek zatytułowany „Hairless Toys”, co potwierdza udostępniony przez Irlandkę pierwszy utwór – „Mastermind”.

Tak, jak w przypadku „Hairless Toys”, Róisín sama wyreżyseruje teledyski ilustrujące kolejne single. Sądząc po zapowiedziach, tego do „Mastermind” można spodziewać się wkrótce.

Ci, którzy obserwują profil artystki na Instagramie, mogą przypuszczać, że oprawa wizualna albumu będzie inspirowana architekturą, nowoczesnością – w przeciwieństwie do estetyki „Hairless Toys”, której źródłem były lata 70. i 80.

Tytuł „Take Her Up to Monto” pochodzi od nazwy irlandzkiej piosenki folkowej spopularyzowanej przez zespół The Dubliners, a nazwą Monto określano również dzielnicę czerwonych latarni w Dublinie.

Róisín Murphy "Take Her Up to Monto"

Róisín Murphy „Take Her Up to Monto”

1. „Mastermind”
2. „Pretty Gardens”
3. „Thoughts Wasted”
4. „Lip Service”
5. „Ten Miles High”
6. „Whatever”
7. „Romantic Comedy”
8. „Nervous Sleep”
9. „Sitting and Counting”

[KO/TDGM]

Róisín Murphy zapowiada nowy album [MUSIC]

Róisín Murphy

Róisín Murphy

Irlandka prawie rok temu wydała pierwszy po siedmiu latach album, „Hairless Toys”, a już w lipcu możemy spodziewać kolejnego longplay’a. Wczoraj Róisín Murphy umieściła 10-sekundową wideo-zapowiedź prawdopodobnie nowego singla wraz z prawdopodobną datą premiery nowej płyty, czyli 8.07.2016 oraz hashtagiem #THUTM, gdzie pierwsza litera odnosi się do słowa „take”. Parę dni temu Róisín opublikowała na swoim Instagramie również zdjęcie montowanego teledysku, który kilka tygodni wcześniej kręciła na ulicach Londynu.

[KO/TDGM]

Róisín Murphy w Płocku [RELACJA]

Róisín Murphy / fot. Music Foto Kolektiv

Róisín Murphy / fot. Music Foto Kolektiv

Wiadomość o koncercie Róisín Murphy podczas tegorocznej edycji Audioriver Festival z pewnością można było zaliczyć do najważniejszych ogłoszeń koncertowych tego roku. Euforia jednak w pewnym momencie ustąpiła konfuzji, bowiem już w lutym naszły mnie wątpliwości, czy płocki festiwal to aby na pewno właściwe miejsce na tego typu występ. Mimo tego, nie było wątpliwości, że warto zobaczyć Róisín po siedmiu latach nieobecności na scenie.

Przed koncertem tłum zaczął się zwiększać, co oczywiście najbardziej dało się odczuć pod samą sceną, gdzie niektórzy jeszcze próbowali zająć dogodne miejsce. Ekipa Irlandki wnosiła instrumentarium (Murphy towarzyszyło pięciu muzyków, w tym Eddie Stevens – producent „Hairless Toys”) oraz nakrycia głowy, maski, szale, okulary, charakterystyczne dla występów wokalistki akcesoria.

Półtorej godzinne show (nieco dłuższe niż standardowe, godzinne występy na festiwalach) rozpoczęła akustyczna wersja „Golden Era” – kolaboracji z Davidem Moralesem. Wchodząca na scenę wokalistka już od pierwszych sekund zahipnotyzowała publiczność. Ubrana w płaszcz, chustkę na głowie, okulary oraz dzierżąca w dłoni niewielką torebkę przywitała się ironicznie słowami: „I am a fashion bloger”. Babciny look szybko jednak ustąpił połyskującej sukience, a utwór pt. „Familiar Feeling” na dobre rozpoczął szalony performance wokalistki.

Nawet z pozoru nic nie znacząca zabawa wstążką i późniejsze jej zawiązanie na oczach wywoływało ekstatyczną reakcję publiczności. Nie ma się czemu dziwić, Murphy wie, jak skraść serca fanów, nie tylko muzyką. Pomiędzy utworami z nowej płyty („Evil Eyes” oraz „Gone Fishing”) zagrano również bardzo krótkie „Tatty Narja” oraz „Dirty Monkey” jeszcze z czasów Moloko. Były to improwizowane przejścia do kolejnych numerów z setlisty. „Dear Miami” spotkało się również z ciepłym przyjęciem – to chyba większy przebój niż wszystkie single z „Overpowered” razem wzięte.

Przebierankom nie było końca, praktycznie co utwór Róisín biegła za scenę, aby przywdziać kolejne kreacje. O ile dla kogoś, kto po raz pierwszy widział Irlandkę na żywo te częste zmiany kostiumów mogły być nieznośne, o tyle fani z pewnością byli na to przygotowani. Nie zakłócały one rytmu koncertu, bowiem zespół umiejętnie przechodził do kolejnych kompozycji. A Róisín, no cóż, w swoich outfitach wyglądała perfekcyjnie. Maski oraz nakrycia głowy autorstwa Christophera Coopensa, z którym współpracuje jeszcze od czasów trasy promującej „Overpowered”, dopełniały wizerunku artystki.

„Jealousy” oraz „Simulation” w wersji koncertowej stały się funkującymi, tanecznymi numerami. Ogromne brawa należą się zespołowi, który wykonał świetną robotę. Kontrapunktem do poprzednich wykonań okazało się niespodziewane przeze mnie „Non Credere”. Dało się zauważyć niewielkie wzruszenie Róisín podczas wykonywania tego utworu. Męski chórek składający się z członków zespołu świetnie zgrał się z Irlandką, był to bardzo nostalgiczny moment tego koncertu albo i nawet całego festiwalu, bo chyba nikt wcześniej nie śpiewał klasyki włoskiej piosenki podczas Audioriver Festival.

Podczas show było wiele miejsca dla improwizacji i to ona jeszcze bardziej pokazywała kunszt muzyków grających z Murphy. „Pure Pleasure Seeker” to kolejny ukłon w stronę Moloko oraz fanów artystki. Podczas wykonywania utworu, Róisín mówiła sporo o przyjemności. „Exploitation” zdawało się zamykać koncert, gdy nagle muzycy oraz sama Murphy rozpoczęli improwizację, efektem czego stało się wykonanie „Sing It Back” na samplach z „Exploitation” właśnie. Publiczność zapewne na to czekała, ja również zostałem pozytywnie zaskoczony takim zakończeniem koncertu.

Róisín Murphy była dość powściągliwa w kontakcie z publicznością, lecz parokrotnie uśmiechała się do widowni, która oklaskiwała ją niemalże nieustannie. Na samym końcu, ponownie przebrana, tym razem w białą suknię, pożegnała się z publicznością.

Opinie o koncercie Róisín są podzielone. Ci, którzy oczekiwali wiązanki największych przebojów, komentują koncert jako nudny, „nie do tańczenia”. Moim zdaniem koncert był fenomenalny, choć nie wpisywał się idealnie w formułę festiwalu. Stąd po części rozumiem negatywne głosy tych, którzy najnowszej płyty Irlandki nie znali. Trudno jest zatem również oceniać płocki koncert jednakowymi kryteriami względem innych występów. Róisín Murphy powróciła na scenę w wielkim i niezmiennym stylu, ugruntowując swoją pozycję. Kultową pozycję. Już nie mogę doczekać się powtórki w listopadzie.

[KO/TDGM]

Róisín Murphy wystąpi w Warszawie i Poznaniu [KONCERT]

Róisín Murphy

Róisín Murphy

Polscy fani irlandzkiej wokalistki mogą w swoich kalendarzach zaznaczyć dwie daty: 16 i 17 listopada. Wówczas bowiem Róisín Murphy ponownie odwiedzi nasz kraj i wystąpi odpowiednio w Warszawie (Torwar) oraz Poznaniu (Międzynarodowe Targi Poznańskie). Koncerty będą promować wydany w maju, trzeci album wokalistki zatytułowany „Hairless Toys”.

Wydarzenia na Facebooku:
Róisín Murphy / Warszawa / Torwar / 16 listopada 2015
Róisín Murphy / Poznań / Międzynarodowe Targi Poznańskie, hala nr 2 / 17 listopada 2015

Róisín Murphy „Hairless Toys” [RECENZJA]

Róisín Murphy "Hairless Toys" Play It Again Sam / Pias /  Mystic Production / 11.05.2015

Róisín Murphy „Hairless Toys”
Play It Again Sam / Pias /
Mystic Production / 11.05.2015

Mówienie o „powrocie” Róisín Murphy nie wydaje mi się do końca słuszne. O ile w kontekście długogrającego krążka termin wydaje się być całkiem zasadny, o tyle w kontekście muzycznej aktywności już nieco mniej. Przez sześć lat (cezurą ustanawiam rok 2009, kiedy to ukazały się dwa single – „Orally Fixated”, „Momma’s Place” – oraz singiel-widmo „Demon Lover” mający zwiastować „nowe, miejskie brzmienie”, który pierwszy i ostatni raz został wykonany przez Murphy na pokazie kolekcji Victora & Rolfa) pojawiały się bowiem kolaboracje (Crookers, The Feeling, Luca C & Brigante, Boris Dlugosch, Hot Natured, Freeform Five, Mason, Toddla T czy The Bullits) i pojedyncze solowe kompozycje, a w zasadzie to jedna, czyli „Simulation” w 2012 roku. Wówczas również nagrywano włoską EP-kę pt. „Mi Senti” wydaną dwa lata później.

Róisín wie, że fani są jej niezwykle wierni i nawet tak długi okres absencji wokalistki wytrzymał próbę czasu, czego dowodem było niemal natychmiastowe wyprzedanie biletów na majowe koncerty w Europie. A wszystko przed podaniem oficjalnych informacji dotyczących trzeciego albumu Irlandki. I w końcu nadszedł ten moment.

Wszyscy, którzy spodziewali się przebranej Róisín na okładce, obeszli się smakiem. Wszyscy, którzy spodziewali się klubowych kawałków, również (przynajmniej przez dłuższą chwilę). Pierwszy udostępniony utwór oraz otwierający „Hairless Toys” (to tak naprawdę fraza „careless talk” błędnie usłyszana i zapisana przez współpracownika Murphy, Eddiego Stevensa) to „Gone Fishing” wprawiający na pewno w konfuzję i konsternację większość świata muzycznego. Mnie również. W kontekście reszty albumowego materiału był to dobry i odważny krok, podpowiadający, czego możemy się spodziewać później. Róisín i Eddie zrezygnowali z klasycznych struktur tworzących typowe popowe piosenki na rzecz subtelnie rozciągniętych, precyzyjnie budujących napięcie utworów. Ten koncept pejzaży dźwiękowych sprawdza się niemalże całkowicie przy wszystkich utworach. „Exploitation”, pierwszy oficjalny singiel opatrzony teledyskiem, wywołuje mniej mieszanych uczuć, jest bliższy Murphy z poprzedniej płyty, ale dopiero w pełnej albumowej wersji można doświadczyć kunsztu producenckiego Stevensa, bowiem bliżej mu do muzyki progresywnej czy micro house’u.

Róisín wybiera single, póki co, bezbłędnie, bowiem na horyzoncie już pojawia się „Evil Eyes” z przeszywającymi disco-syntezatorami i funkującymi gitarami. „Uninvited Guest” mógłby się z powodzeniem pojawić na „I Am Not a Doctor” czy „Things to Make and Do”, ale wydaje się stać nieco w cieniu w stosunku do reszty utworów. Na „Exile” zżyma się wielu recenzentów, mówiąc, że „Róisín udaje Boba Dylana”. Umieszczenie tego utworu na płycie, stanowiącego kontrapunkt do reszty „Hairless Toys”, a nawet całej solowej kariery Murphy, to kolejne „puszczenie oka” do fanów i „spodziewanie się niespodziewanego”. A poza wszystkim, to po prostu ładna ballada, której nigdy wcześniej wokalistka nie nagrała. Utwór tytułowy to, wydaje mi się, niedoceniana kompozycja na płycie, niezwykle intymna, a chór i kolejny raz przeszywające klawisze Eddiego pozostawiają niezapomniane wrażenie. „Unputdownable” zaskakuje połączeniem gitar i elektroniki, co często w wypadku innych wykonawców prezentuje się słabo, a w przypadku Róisín zostało precyzyjnie wyważone, w efekcie czego album zamyka miłosny „sing along”.

Tekstowo Róisín podróżuje w różne rejony własnych wspomnień. Chociażby „House of Glass” traktujące o czasie, gdy jako nastolatka mieszkała z koleżankami w domu otwartym, określając siebie i je jako „we were glasshouse girls”. (Ciekawe, na ile w tym zbieżności ze szklanymi domami Żeromskiego?) Swoją drogą, artystka podkreślała, że Eddie nie wtrącał się w teksty.

Wizualna strona „Hairless Toys” to z kolei przemyślany i konsekwentnie realizowany przez Murphy koncept. Postać, którą wykreowała, to Angie, która – tak, jak sama wokalistka – „znajduje się we własnym świecie, jest dziwakiem zawieszonym w czasie między latami 60. a późnymi 80.”. Teledyski, które wyreżyserowała sama Róisin, to dramatyczne, niemalże filmowe historie, perfekcyjnie nawiązujące i grające z popkulturą. Zatem Murphy to artystka totalna.

„Hairless Toys” to „powrót”, o jakim wielu artystów mogłoby pomarzyć. Świeży, nieoczywisty, a co najważniejsze – w pełni autorski, taki, jaki wyobraziła sobie Róisin Murphy, bez wielkiej wytwórni i ogromnej machiny promocyjnej. Zarzuty niektórych polskich recenzentów, którzy uważają, że ta płyta jest skierowana do tych, „którzy taneczne szaleństwa mają już za sobą, spędzając dziś więcej czasu w domowym zaciszu z dzieciakami” lub przyjmujących za prawidłowość fakt, że po czterdziestce nie powinno się nagrywać muzyki tanecznej, generują jedynie politowanie.

4,5/5

[KO/TDGM]