Mela Koteluk

Mela Koteluk „Migawka” [unboxing] – powered by MOICO

Mela Koteluk „Migawka”

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczna płyta – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wydana została płyta Meli Koteluk pt. „Migawka”:


__________________________________________________

Wejdź do świata MOICO i dołącz do alternatywy!

MOICO to najnowocześniejszy dostawca mediów domowych na terenie Wrocławia i Oławy. Brak umowy terminowej, symetryczne łącze internetowe, interaktywna telewizja i stałe wsparcie techniczne.

Ofertę MOICO znajdziesz tutaj: https://www.moico.pl/oferta.html

FB: https://www.facebook.com/EnjoyMoico
IG: https://www.instagram.com/moico_enjoylife

Reklamy

Mela Koteluk w Warszawie [RELACJA]

Mela Koteluk

Mela Koteluk

Zapowiedź fonograficznego debiutu Meli Koteluk przyszła do mnie wiosną, miesiąc przed premierą płyty pt. „Spadochron”. Wówczas na jednym z portali społecznościowych pojawił się teledysk do utworu zatytułowanego „Dlaczego drzewa nic nie mówią”. Pamiętam, że po jego kilkunastokrotnym odtworzeniu, udostępniłam link i opatrzyłam go podpisem „pani brzmiąca jak połączenie Nosowskiej i Brodki zawładnęła niedzielą”. Podobne porównania wielokrotnie pojawiały się później w recenzjach płyt artystki i nawet jeśli ich intencją miała być nobilitacja, pozostawały porównaniami. Odnoszę wrażenie, że przez długi czas Mela Koteluk nie mogła być sobą, bo dla wielu była wokalistką z głosem podobnym do kogoś innego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że te czasy minęły. Mam nadzieję, że bezpowrotnie. W tym przekonaniu utwierdził mnie niedzielny koncert artystki.

Bilety na występ Meli wyprzedały się kilka tygodni wcześniej, co doskonale obrazował wypełniony po brzegi warszawski klub Stodoła. W pięknej scenografii, wśród zieleni roślin i klimatycznego oświetlenia, zespół zaprezentował utwory z obu płyt. „To nic”, „To trop”, „Tragikomedia”, „Przeprowadzki” zagrane na początku były dla słuchaczy sygnałem, że może to być wieczór pełen zaskoczeń. Tuż po nich, w trakcie przywitania się z publicznością, artystka poinformowała, że niektóre utwory zostaną zaprezentowane w nowych aranżacjach, co jest wynikiem styczniowej współpracy zespołu. Współpracy, jak się okazało, niezwykle owocnej, bo świeżość w dobrze już znanych kompozycjach i zgranie całej grupy odczuwało się przez cały występ. Wzruszenie i zaskoczenie, zdecydowanie pozytywne, nie ominęło samych muzyków, którzy podczas nieco spokojniejszej wersji utworu pt. „Żurawie origami” mogli podziwiać morze unoszących się nad tłumem papierowych ozdób – właśnie żurawi origami.

W dalszej kolejności publiczność usłyszała między innymi „Działać bez działania”, „Niewidzialna” i „Fastrygi”. Wszystkie utwory spotykały się z bardzo dobrym przyjęciem. Magiczny spektakl, który zaserwowali słuchaczom członkowie zespołu, wydaje się być efektem z jednej strony przemyślanych działań i ciężkiej pracy, a z drugiej zabawy muzyką i nieustannego eksperymentowania. Można to było odczuć, słuchając kawałka pt. „Stałe płynne” w wersji znanej z inicjatywy otwARTa scena czy utworu „Migracje” zagranego w towarzystwie ukulele i puzonu.

W trakcie blisko półtoragodzinnego występu publiczność usłyszała kilkanaście utworów, które w zależności od aranżacji determinowały reakcje publiczności – od ciekawości i wnikliwego zasłuchiwania się, przez zastyganie w bezruchu, zatapianie się w melancholii, po radosne podrygiwanie i śpiewanie. Niezwykła różnorodność. Z największym entuzjazmem został przyjęty utwór pt. „Spadochron” zaprezentowany w zaskakującej, rockowej wersji, w bogactwie instrumentów, wśród których uwagę zwracał flet poprzeczny. Zbliżając się ku końcowi występu, w nawiązaniu do obchodzonego tego dnia święta zakochanych, po utworze pt. „Melodia ulotna”, wokalistka życzyła słuchaczom miłości i bycia łagodnymi dla siebie. Odbiorcy natomiast swoje życzenia przekazali podczas zagranej na bis akustycznej wersji utworu „Żurawie origami”, unosząc w górę setki czerwonych serc.

Słowa uznania należą się wszystkim członkom zespołu. Z jednej strony autentycznością, klasą i pewnego rodzaju niedopowiedzeniem wokalistka przykuwa i skupia na sobie uwagę publiczności, a z drugiej w sposób naturalny i zupełnie nieprzymuszony pozostawia mnóstwo przestrzeni do zaprezentowania się pozostałym, wyjątkowo uzdolnionym muzykom, co w konsekwencji tworzy różnorodną i zgraną całość.

Jeśli ktokolwiek zastanawiał się nad tym, czy walentynkowy wieczór to dobry moment na koncert, nie powinien mieć żadnych wątpliwości, że był to wybór doskonały, bo minioną niedzielą zawładnęła pani, która brzmi jak… Mela Koteluk. Wyjątkowa i niepowtarzalna.

[JP/TDGM]

Mela Koteluk „Migracje” [unboxing]

Mela Koteluk "Migracje"

Mela Koteluk „Migracje”

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczne płyty – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wygląda płyta Meli Koteluk pt. „Migracje”:

Mela Koteluk we Wrocławiu [RELACJA]

Mela Koteluk / Wrocław 2015 fot. KJ/TDGM

Mela Koteluk / Wrocław 2015
fot. KJ/TDGM

Mela Koteluk jest objawieniem na polskiej scenie muzycznej. Poetycki klimat osadzony w popowo-rockowej przestrzeni przysporzył artystce ogromnej popularności, dzięki czemu jej obie płyty pokryły się platyną, a koncerty się wyprzedają.

Po tylu przegapionych okazjach, by posłuchać Meli na żywo, w końcu udało mi się trafić na jej wrocławski koncert, który odbył się w minioną niedzielę w klubie Eter. Pozwoliło mi to utwierdzić się w przekonaniu dotyczącym fenomenu tej artystki. Jej sukces to nie tylko nietuzinkowość przekazu, rytmiczność melodii, ale także siła głosu, perfekcjonizm i wyjątkowa oprawa wizualna.

W niedzielę ze sceny wybrzmiały najbardziej znane utwory z pierwszej płyty, m.in. „Spadochron”, „Melodia ulotna”, „Dlaczego drzewa nic nie mówią”, a także z najnowszego krążka, czyli „Migracje”, „Fastrygi” czy „Żurawie origami”. Poza nieco niedoskonałym nagłośnieniem, trudno narzekać na cokolwiek innego. Zespół był idealnie zgrany. Aranżacje podrywały do tego, by się przy nich pobujać czy nawet poskakać. Dodatkowym urozmaiceniem było pojawienie się tancerza w trakcie „Tragikomedii”.

Najważniejsza jednak była energia pomiędzy artystką a publicznością. Mela miała z widzami świetny kontakt przez cały koncert. Właśnie taka energia to jeden z najistotniejszych elementów każdego występu. Gdyby przeprowadzano z tego egzamin, Mela zdałaby go śpiewająco.

[MR/TDGM]