music

Menippe – o muzyce i Mysłowicach [WYWIAD]

Menippe

Pisząc o Menippe, obok nazwy grupy można wyklikać na klawiaturze słowo „rap”, owszem. Lepiej jednak wystukać „eksperymentalny rap”. Samym „rapem” można bowiem chłopaków zwyczajnie nie docenić, zwłaszcza jeśli porównać ich twórczość do tego, co dzieje się aktualnie na polskiej rap scenie. Ich muzyka nie jest łatwa w odbiorze, sami to przyznają. Na szczęście nie wszyscy uznają za godne uwagi wyłącznie to, co liczy sobie na YouTube’ie dziesiątki czy setki tysięcy wyświetleń – na scenie jest również miejsce dla mniej nośnej komercyjnie, ale nadal świetnej muzyki. I głównie o niej przeczytacie w poniższym wywiadzie.

TDGM: Co Was urzekło w Menippe, że postanowiliście nazwać Wasz skład jej imieniem? Jej poświęcenie? To, że jej zwłoki zostały przemienione w kometę? Dlaczego właśnie Menippe?

Mah: Trafiłem na Menippe, kiedy z nudów czytałem sobie encyklopedię – miałem kiedyś taką zajawkę, za małolata. Słowo „menippe” samo w sobie ładnie wygląda. Do tego jeszcze znaczenie i historia, która odnosi się do imienia greckiej bogini. Owa bogini wraz ze swoją siostrą przebiły sobie krtań tkackim czółenkiem. Poświęciły w ten sposób siebie, aby uchronić swój lud od zarazy. Jest w tym pewien romantyzm. Poświęcenie dla wyższej sprawy – to jest jakiś rodzaj piękna. Na swój sposób potrafię odnieść to do tego, co robimy.

TDGM: To znaczy?

Mah: Jest bardzo dużo rzeczy i spraw, które poświęcamy dla muzyki. To jest cała masa różnych różności, które bardzo rzadko ktoś dostrzega. Jedną z najcenniejszych rzeczy, jaką zostaliśmy obdarowani, jest czas. My sporą część tego czasu poświęcamy muzyce, często kosztem swoich najbliższych. To jest właśnie poświęcenie, choć oczywiście wynika z naszego wyboru. Cała masa najróżniejszych niby drobnostek zbiera się ostatecznie w całkiem pokaźną całość. Nie chcę, żeby ktoś teraz sobie pomyślał, że jestem marudny i narzekam, bo tak nie jest. Robię to, co robię, bo bez tego nie umiem, a przy okazji wierzę w to, że do kogoś to trafia. To jest dla mnie pewna forma relacji, chęć nawiązania kontaktu.

TDGM: Jest coś konkretnego, co chcecie przekazać innym ludziom poprzez swoją twórczość, czy ta forma ekspresji ma służyć wyłącznie Wam?

Arbuziński: Nasza muzyka jest swego rodzaju autoterapią, ale służy i nam, i tym, do których trafia. Jest to też forma wyrażania siebie oraz archiwizowania pewnych emocji.

Mah: Ja tylko chciałbym dać ludziom trochę piękna i uśmiechu.

TDGM: Arbuz, muzyka czy słowa?

Na dzisiaj, na tę chwilę muzyka. Jutro może słowa. I tak na zmianę.  

TDGM: Mah, słowa czy muzyka? 

Słowa, bo nieustannie mnie fascynują.

TDGM: „Pangea” z 2006, „Kot w butach” z 2011, „NightWalk” z 2014, EP-ka „Novum” z 2016 i „Bąbony” oraz specjalna EP-ka „Odpal Projekt” z 2018 roku. To Wasza kompletna dyskografia?

Arbuziński: Po drodze były jeszcze mniejsze projekty, np. mój instrumentalny o nazwie Swarshala. Jeszcze wcześniej, w 2000 roku, KLS (Kilka Słów), które tworzyłem z bratem. Oprócz tego „ŻDJU” („Żyjesz dzisiaj, jutro umierasz”), krótka EP-eczeka z dosyć charakterystyczną jazdą. Najfajniejszym wydawał mi się być projekt o nazwie Tururap Akurat, który stworzyłem z Adamem – zrobiliśmy płytę w 7 dni, a słuchaliśmy jej cały rok na okrągło. Był też projekt J1eden – w tej muzyce było wszystko, co zrobiliśmy z Mahem, a że było totalnie abstrakcyjne, chcieliśmy to odseparować od Menippe.

Mah: Zanim skumałem się muzycznie z Arbuzem, nagrałem swoją pierwszą solową płytę. Chwilę po niej nagrałem drugą płytę, ze swoim kumplem ze szkoły. Potem robiłem rzeczy związane z tymi, które zostały wymienione wyżej przez Arbuza.


TDGM: Czy „Pangea” jest do namierzenia w sieci? Jest sens w przekopywaniu się przez internet w poszukiwaniu tego materiału? Czy ukryliście go przed światem?

Arbuziński: (śmiech) Jest ukryty. Mam go gdzieś na dysku na starym pececie. Jak dzisiaj tego słucham, to wiadomo – pewnych rzeczy lepiej nie wpuszczać do internetu. Chociaż na „Pangei” są dobre numery. Wtedy w tym była siła, bo na jednej płycie można było usłyszeć wszystkich, którzy wówczas tworzyli tę bandę. Każdy miał inny styl, każdy był autentyczny i wyrazisty.

TDGM: Przyznajecie, że Mysłowice mają wpływ na Was i na Waszą muzykę. Czy to miasto jest dla Was ważne?

Arbuziński: Mysłowice mają na mnie bardzo silny wpływ. Z jednej strony są piękne, stare. To miasto złotych strun i świetnych muzyków. Z drugiej jednak są okropnie zaniedbane, zgaszone, wymarłe, bez pomysłu na jutro. Jest w Mysłowicach coś specyficznego, czego nie ma nigdzie indziej. Jakiś smutek, jakaś psychodelia na ulicach. To miasto mogłoby być piękne. Ma piękną muzyczną historię, ludzi z zajawką, ale wydaje mi się, że Mysłowice umarły.

Mah: To miasto potrafi tak wymęczyć, że jedyne o czym marzysz, to żeby stąd uciec. Kiedy jednak się to już uda, zaczynasz tęsknić i marzyć o powrocie. Urodziłem się w Mysłowicach, tutaj był każdy mój pierwszy raz – tego nie da się z siebie wymazać.

TDGM: Czy jeśli Wasza muzyczna kariera rozwinęłaby się na tyle, że konieczna byłaby wyprowadzka do dużego miasta, byłaby to dla Was trudna zmiana?

Arbuziński: Przeprowadzka raczej nie wchodzi w grę – bardzo lubię swoje życie w tym miejscu. Poza tym, do większego miasta, np. do Warszawy, można śmignąć pociągiem, załatwić konieczne sprawy i wrócić.

Mah: Mógłbym zmienić lokalizację, oczywiście na taką, która niesie ze sobą jakąś perspektywę. Życie na walizkach nie jest mi straszne, do tego to zawsze jakaś przygoda. Na pewno bym jednak tęsknił.

TDGM: A Wy w ogóle chcielibyście zrobić karierę muzyczną?

Arbuziński: Wolałbym zachować swój rytm, ale też zdobyć fajnych odbiorców naszej muzyki, grać w fajnych miejscach, ładować się dobrą energią i ciągle robić utwory tak, żeby miały coś do przekazania, były ważnym zapisem. To może nie kariera, ale ścieżka, po której chciałbym chodzić. I po której idę.  

Mah: Kariera? Nieco dziwne słowo. Nazwałbym to raczej drogą, a na niej ciągle jesteśmy. Idziemy dalej, czas pokaże, gdzie zajdziemy.

TDGM: Czym jest dla Was muzyka i jej tworzenie?

Arbuziński: Zajmuję się robieniem muzyki od czasów przedszkola. Pierwszy kaseciak – zamykałem się w pokoju ze swoim setem. To były pierwsze próby – śpiewałem wszystko, co miałem w głowie, a skrecze robiłem na magnetofonie szpulowym. Potem były czasy podstawówki – dostałem pierwszy program do edycji dźwięku, nazywał się Sound Forge 4.0. Pierwsze pętle perkusyjne dostałem przypadkiem, na jakiejś płycie. Wtedy właściwie wszystko się zaczęło. Swój pierwszy jakiś tam album zrobiłem, mając 13-14 lat. Tworzenie muzyki to dla mnie totalna przyjemność. Nie ma niczego piękniejszego od zrobienia dobrego utworu i słuchania go później w kółko, cieszenia się tym, co się stworzyło.

Mah: Muzyka to twój przyjaciel, któremu możesz opowiedzieć wszystko, dosłownie wszystko. Biała kartka papieru to twoje miejsce, w którym możesz powiedzieć to, czego nie umiesz powiedzieć w inny sposób. Wyrzucasz coś z siebie, bo już za długo w tobie siedzi. Czasem musi posiedzieć dłużej, czasem moment, a czasem może i całe twoje życie, żeby w końcu się wydostać. Moment, w którym stajesz przed mikrofonem i słyszysz muzykę wraz z tym, co do niej mówisz, jest taki sam jak moment, w którym poznajesz cudowną dziewczynę, w której się zakochujesz – musisz ją poznać, a potem chcesz (z) nią żyć.

TDGM: Czy Męskie Granie Young 2019 postrzegacie jako szansę na rozgłos?

Arbuziński: Piękne jest to, jak ludzie dookoła – znajomi i mniej znajomi – zareagowali na informacje o tym konkursie. To, ilu ludzi zagłosowało i głosuje, jest bardzo mobilizujące. Z drugiej strony jest tak, że mamy świadomość tego, ile musimy włożyć pracy w to wszystko. Tworzymy muzykę, która nie jest łatwa w odbiorze, ona nie trafia do tłumów. Jesteśmy ambitni i żaden szit u nas nie przechodzi. Stale pracujemy nad stylem i jego perfekcją.

Mah: Na pewno jest to kolejne doświadczenie, kolejny krok. Zobaczymy, co ze sobą przyniesie. To bardzo miłe, że w ogóle znaleźliśmy się w tym konkursie.

TDGM: W jednym z wywiadów powiedzieliście, że ewentualny występ na OFF Festivalu jest Waszym małym marzeniem. A jakie jest Wasze największe marzenie związane z muzyką?

Arbuziński: Chciałbym kiedyś się obudzić i wiedzieć, że nasza muzyka trafia do dużej ilości dobrych ludzi. Chciałbym grać w pięknych, ciekawych miejscach, między artystami, których  muzyki sam z chęcią bym posłuchał.

Mah: Chciałbym dożyć chwili, kiedy będę miał, powiedzmy, 50 lat na karku i dalej będę robił to, co kocham.

TDGM: W tym samym wywiadzie wspomnieliście o koncertach w areszcie śledczym. Jeden już zagraliście, w Mysłowicach. W wywiadzie użyliście jednak liczby mnogiej, zatem przed Wami kolejne, tak? Również w Mysłowicach?

Arbuziński: Zagraliśmy w areszcie śledczym w Mysłowicach. Przed nami jeszcze koncert w więzieniu w Katowicach.

TDGM: Jak doszło do tego przedsięwzięcia? Jaki jest zamysł tej inicjatywy?

Arbuziński: Naszym pierwotnym pomysłem było granie w różnych placówkach. W międzyczasie, zupełnie przez przypadek, odezwała się do mnie osoba, która jest odpowiedzialna za takie przedsięwzięcia w mysłowickim więzieniu, no i poszło.

TDGM: Jak wrażenia po pierwszym koncercie w tak nietypowych okolicznościach?

Arbuziński: Czułem totalną pokorę. Czułem inne niż zwykle znaczenie słów Maha, słyszałem inny charakter swojej muzyki – to wszystko rezonuje tam inaczej. Możliwość grania w tak trudnych miejscach otwiera świadomość, dzięki temu możemy patrzeć na naszą twórczość wielowymiarowo.

Mah: To było emocjonalnie bardzo intensywne przeżycie. Wchodząc tam, nie miałem pojęcia, jak to wszystko zostanie odebrane. Bo niby jesteś przyzwyczajony do tego, że ludzie na ciebie patrzą i ciebie słuchają, ale tam odczuwa się to znacznie silniej. W pewien sposób człowiek odkrywa siebie na nowo.

[Katarzyna Janik/TDGM]

Oxford Drama – o electropopie i nowej płycie [WYWIAD]

Oxford Drama

Oxford Drama, czyli Gosia i Marcin. Młodzi, zdolni, sympatyczni. Kiedy kilka lat temu zaprezentowali swoją muzykę szerszej publiczności, dosyć szybko stali się jednym z ulubionych „zespołów electropopowych” wśród polskich słuchaczy i recenzentów. Jak to jednak jest z tym electropopem u Oxford Drama i jak ten styl ma się do nowej płyty duetu? Z poniższego wywiadu dowiecie się, co Gosia i Marcin mają do powiedzenia o wspomnianych oraz kilku innych kwestiach.

[Katarzyna Janik/TDGM]

Bleeding Moses – o tworzeniu pigeon rocka [WYWIAD]

Bleeding Moses

Bleeding Moses nazywają swoją muzykę pigeon rockiem i, jak nietrudno się domyślić, są jedynymi przedstawicielami tego gatunku. Czy pigeon rock to żart? Jak zespół, który liczy osiem osób, dogaduje się przy tworzeniu muzyki? Między innymi o to zapytałyśmy Tomka i Krzyśka podczas spotkania w przytulnej sali prób grupy Bleeding Moses.

[Katarzyna Janik/TDGM]

TDGM & MOICO meets Da Vosk Docta [WYWIAD]

Mamy zajawkę na dobrą muzykę. MOICO również. W związku z tym prezentujemy Wam cykl wywiadów „TDGM & MOICO meets…”, do którego zaprosiliśmy twórców najciekawszego brzmienia. I tak, z ogromną przyjemnością, rozpoczynamy to przedsięwzięcie od rozmowy z Da Vosk Docta, producentem muzyki elektronicznej. Z DVD rozmawialiśmy m.in. o jego najnowszym albumie, „303K”, smykałce do uczenia innych oraz przewadze muzyki okraszonej wokalem nad tą „bez zaklęć”. Wywiad został zrealizowany w TONACH.

CHØCØLATE – o muzycznych początkach, słuchaczach i współpracy z innymi twórcami [WYWIAD]

CHØCØLATE

Kiedy usłyszałam CHØCØLATE po raz pierwszy, wydawało mi się, że przez nieuwagę przeklikałam się na SoundCloudzie na konto Bastille, bo z głośników poleciał wokal brzmiący bardzo podobnie do głosu Dana Smitha. Magda z kolei krzyknęła do mnie z innego pokoju, pytając, czy włączyłam jakiś nowy utwór Woodkida. I zanim ktokolwiek zechce wytknąć nam niepotrzebne pogłębianie kompleksów u polskich artystów przez takie właśnie szumne porównania, niech da nam dosłownie kilkanaście sekund, zescrolluje stronę nieco niżej i włączy EP-kę „Jewelry”, by szybko zorientować się, że w przypadku CHØCØLATE o żadnych kompleksach nie może być nawet mowy. A porównania? Z poniższego wywiadu dowiecie się czegoś więcej nie tylko o nich, ale również o innych kwestiach dotyczących zespołu i muzyki, którą tworzą Victor, Piotr, Marcin oraz Krzysztof.

TDGM: Przedstawiając Was, z powodzeniem można użyć sformułowania „młody zespół”, ponieważ – jak przeczytałam w otrzymanych od Was materiałach prasowych – „CHØCØLATE to projekt założony w 2017 roku”…

CHØCØLATE: Jesteśmy swoistym systemem połączeń z wieloma historiami. Krzysiek grał z Victorem już w 2011 roku. Ja (Marcin) grałem w innym zespole od 2012 do 2014 roku, następnie zacząłem współpracować z Victorem. Z Piotrkiem chodziliśmy do jednej klasy, przyjaźnimy się już od dłuższego czasu. W pewnym momencie zaangażowałem go w projekt The Lipstick Monkeys. Swego czasu Krzysiek z Piotrkiem byli współlokatorami. Ostatecznie wszyscy graliśmy indie-rocka jako The Lipstick Monkeys. Zagraliśmy jednak dwa koncerty i uznaliśmy, że ta formuła się dla nas wyczerpała. Tak właśnie zaczęliśmy tworzyć projekt CHØCØLATE, którego pierwszy singiel był jeszcze, co prawda, indie-rockowy, ale później zaczęliśmy eksperymentować z muzyką elektroniczną coraz bardziej. Nasz artystyczny rozwój słychać na EP-ce pt. „Jewelry”, której zamysłem było zaprezentowanie naszej muzycznej ewolucji.


TDGM: Jaką muzykę gracie i czym konkretnie zajmujecie się podczas tworzenia?

CHØCØLATE: Tworzymy muzykę głównie na komputerach, w Abletonie. Każdy z nas zajmuje się krojeniem sampli, korzystamy z masy wtyczek. Dodatkowo ja (Marcin) jestem odpowiedzialny za część basową i dogrywki elektroniczne, Piotrek ogarnia sferę gitarową i elektroniczną, Krzysiek perkusyjną, a Victor to wszystko pięknie otacza wokalem i syntezatorami. Na scenie mamy cztery komputery, syntezator, dwie klawiatury sterujące, ale także „żywe” gitary i perkusję.

TDGM: Co wyróżnia Was na tle innych artystów?

CHØCØLATE: Nie lubimy reklamować naszej muzyki jako oryginalnej. Naszym zadaniem nie jest mówienie o niej w ten sposób. Możemy to udowadniać, ale słuchacze sami muszą to ocenić. Robimy po prostu swoje i robimy to tak, jak nam się podoba. Co nas jednak może wyróżniać to fakt, że Victor jest native speakerem – urodził się w Vancouver, mieszkał tam ponad 10 lat, jego angielski jest bardzo naturalny, jest to jego pierwszy język, więc nie sposób się w tej kwestii przyczepić do niego o jakiekolwiek sztuczne naleciałości.

TDGM: Czy słuchacze porównują Victora do innych wokalistów? Jeśli tak, do kogo?

CHØCØLATE: Tak, słyszałem (Victor) porównania do wokalistów takich zespołów jak Foo Fighters, Foals, Interpol czy The Strokes, ale – szczerze mówiąc – w ogóle nie słyszę podobieństw.

TDGM: A gdybyś sam siebie miał porównać do kogoś, to kto by to był?

CHØCØLATE: Mój (Victor) głos brzmi inaczej w różnych rejestrach, więc trudno mi odpowiedzieć na to pytanie.

TDGM: Skoro już mowa o innych artystach – opowiecie o swoich ulubionych twórcach?

CHØCØLATE: Nie powiedziałbym (Piotr), że mam ulubionego artystę. Słucham różnej muzyki, ten przekrój uwzględnia zarówno rock, jak i muzykę klubową. U mnie to się stale zmienia, średnio co pół roku mam fazę na słuchanie kogoś innego. Aktualnie – Bass Astral x Igo.

Ja (Krzysztof) natomiast śledzę poczynania wykonawców spod szyldu QueQuality. Przysłuchuję się ich nowym kawałkom, zwracając przy tym szczególną uwagę na brzmienie perkusji elektronicznej.

U mnie (Marcin) z kolei lecą ostatnio tacy artyści jak Rasmentalism, Taco Hemingway, Overwerk, Disclosure czy Bass Astral. Twórczość tego ostatniego ma dla mnie charakter edukacyjny – czerpię od Kuby Tracza bardzo dużo inspiracji.

Ja (Victor) przez ostatnie dwa miesiące katowałem hardbassy. Byliśmy nawet ostatnio na imprezie hardbassowej. Aktualnie słucham Overwerk i Pegboard Nerds.

TDGM: Jakie są Wasze najbliższe muzyczne plany?

CHØCØLATE: Niebawem wydamy EP-kę i opublikujemy teledysk, zatem aktualnie pracujemy bardziej nad kwestiami organizacyjnymi. Jeśli chodzi o muzykę – nad nią zawsze dużo siedzimy. Tworzymy nowe dźwięki, opracowujemy sety koncertowe. Obecnie szlifujemy wszystko tak, żeby jak najlepiej wypaść na żywo. Zimę na pewno spędzimy na koncertowaniu. Całą zimę. Żeby przeżyć tę okropną porę roku. Już teraz możemy potwierdzić występ w Kazimierzu Dolnym, w którym uwielbiamy grać.

TDGM: Co takiego szczególnego jest w Kazimierzu Dolnym?

CHØCØLATE: Atmosfera! Mamy też wrażenie, że tam działają zupełnie inne prawa rynku. Gdy szykujemy się na koncert w jakimś miejscu i widzimy, że na facebookowym wydarzeniu zapisała się konkretna liczba osób, to – mniej więcej – właśnie tylu ludzi widzimy później pod sceną. W Kazimierzu Dolnym natomiast na koncerty przychodzi znacznie więcej osób, niż mógłby to sugerować facebookowy event. Tam ludzie dowiadują się o koncertach ze słupów ogłoszeniowych na rynku. I chodzą na te koncerty, potrafią nawet zapłacić za bilet więcej niż powinni. Mieszkańcy Kazimierza wydają się być świadomi kulturalnie, są przyzwyczajeni do obcowania ze sztuką, chętnie chodzą na koncerty. Dlatego tworzą tak wspaniałą atmosferę, czego efektem są nasze genialne wspomnienia.

TDGM: A kto stoi pod sceną na Waszych koncertach? Potraficie opisać profil swojego odbiorcy?

CHØCØLATE: Dziewczyny (śmiech)! Głównie są to osoby w wieku 18-30 lat, ale my oczywiście nie robimy muzyki pod ludzi w konkretnym wieku.

TDGM: Trudno, żeby artyści mieli wpływ na to, kto ich słucha. Są jednak tacy twórcy, którzy bywają niezadowoleni z faktu, że ich muzyki słuchają gimnazjaliści…

CHØCØLATE: Fani to fani, nieważne, kim są i ile mają lat. To dzięki fanom artyści stają się znani. To fani płacą za bilety i kupują albumy. To chyba bardziej działa tak, że jedni artyści próbują dyskredytować innych przez to, że ich odbiorcami mogą być gimnazjaliści. Tylko dlaczego to jest coś złego? Przecież to chyba dobrze, że młody człowiek słucha muzyki, która może zmienić coś w jego światopoglądzie lub otworzyć jego umysł na inne brzmienia, prawda?

TDGM: Utrzymujecie kontakt ze swoimi słuchaczami? Lubicie z nimi rozmawiać? Czy unikacie ich?

CHØCØLATE: Naszym głównym medium jest Instagram i to właśnie poprzez niego mamy największy kontakt ze słuchaczami. Nie unikamy rozmów z ludźmi. Czasem wydaje nam się, że niektórzy boją się do nas zagadać, mają jakieś opory. Są artyści, którzy czują się lepsi, czują się gwiazdami i stronią od fanów. Osobiście brzydzę się (Victor) takimi ludźmi, takim stawianiem siebie na piedestale. Przecież gdyby nie fani, nie byłoby dla kogo grać.

TDGM: Traktujecie muzykę jako dobrą zabawę czy pracę?

CHØCØLATE: Każdy z nas aktualnie studiuje. Muzyka nie jest dla nas dodatkiem, bo wszystko, co w związku z nią robimy, robimy na 100%, jednak na ten moment musimy pogodzić ją ze studiami. Poza tym, będąc muzykiem w dzisiejszych czasach, dobrze jest mieć coś na wzór „planu B”, np. w postaci pracy zdalnej. Trzeba bowiem mieć świadomość tego, że trendy muzyczne się zmieniają, że może się wydarzyć dużo różnych rzeczy… W każdym razie w kontekście muzyki dajemy z siebie wszystko. Nagrywamy swoje próby, analizujemy później te nagrania i dopracowujemy różne kwestie.

TDGM: Czy Wasze studia mają związek z muzyką?

CHØCØLATE: Moje (Piotr), Marcina i Krzyśka nie mają żadnego związku. Victora poniekąd tak, ponieważ studiuje produkcję medialną (specjalizacja: organizacja produkcji medialnej). Krzysiek rok temu ukończył studium realizacji dźwięku w Warszawie.

TDGM: W Waszych materiałach prasowych przeczytałam (również), że realizatorem zapowiadanej przez Was EP-ki został Bryan David, człowiek współpracujący m.in. z Shakirą czy Miley Cyrus, czyli postaciami, które odniosły ogromny sukces komercyjny. Jak doszło do Waszej współpracy?

CHØCØLATE: Bryan jest amerykańskim producentem z robiącym ogromne wrażenie CV – pracował w Warner Bros., Disney’u, był dwukrotnie nominowany do nagrody Grammy. W lutym, w połowie trasy koncertowej Jewelry Tour, Victor skontaktował się z nim mailowo w celu omówienia warunków współpracy. Po głębszej analizie oferty uznaliśmy, że jesteśmy w stanie udźwignąć to finansowo, jednak potrzebowaliśmy również pomocy osób z zewnątrz, w związku z czym producencko wspierali nas także Adam Lato (m.in. przy brzmieniu gitar) oraz Eugene Shadziul (który współpracuje z Joanną Dark). Brzmienie naszego najnowszego materiału jest zatem efektem pracy łącznie siedmiu osób. I trzeba mieć to na uwadze, ponieważ wyżej wymieniona trójka wniosła bardzo dużo do ostatecznego kształtu tych piosenek. Każdy z nich dołożył swoją cegiełkę, za co jesteśmy im niezmiernie wdzięczni. Mamy nadzieję, że słuchaczom również spodoba się nasz nowy album, ponieważ będzie on znacząco różnił się od debiutanckiego „Jewelry” – spodziewajcie się mocno elektronicznych dźwięków!

[Katarzyna Janik/TDGM]