Nextpop

Superhuman Like Brando „Superhuman Like Brando” [unboxing] – powered by MOICO

Superhuman Like Brando „Superhuman Like Brando”

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczna płyta – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wydana została płyta zespołu Superhuman Like Brando pt. „Superhuman Like Brando”:


__________________________________________________

Wejdź do świata MOICO i dołącz do alternatywy!

MOICO to najnowocześniejszy dostawca mediów domowych na terenie Wrocławia i Oławy. Brak umowy terminowej, symetryczne łącze internetowe, interaktywna telewizja i stałe wsparcie techniczne.

Ofertę MOICO znajdziesz tutaj: https://www.moico.pl/oferta.html

FB: https://www.facebook.com/EnjoyMoico
IG: https://www.instagram.com/moico_enjoylife

Reklamy

Fismoll – o słowach, emocjach i przeżyciach [WYWIAD]

Fismoll

Fismoll

Zanim o Fismollu usłyszały tłumy i zanim zaczął wyprzedawać koncerty, poznałam go jako ogromnie utalentowanego, ale bardzo skromnego chłopaka z Dębca. Arek dał się poznać jako człowiek z pasją, dla którego muzyka jest tak samo ważna jak powietrze i dla którego liczy się drugi człowiek. To pewnie dlatego podczas naszego pierwszego spotkania nie miał problemu z tym, by zaprosić mnie do swojego świata i przez kilka godzin opowiadać o tym, co i jak tworzy, co i jak go inspiruje, skąd się to wszystko bierze i czego lubi słuchać. Z sentymentem wracam do tamtego dnia i z ogromną chęcią oraz ciekawością wypytałam Fismolla o te kwestie, które w jego artystycznej działalności oraz w postrzeganiu świata mogły zmienić się od tamtego czasu.

TDGM: Nie mogę nie zapytać o pierwszy opublikowany przez Ciebie polski utwór. Naprawdę aż tak bardzo zaskoczyło Cię jego przyjęcie przez fanów? To jest piękny utwór.

Fismoll: W dużym stopniu wynikało to ze strachu przed czymś nowym. Samo napisanie przeze mnie tekstu po polsku było nowością, mimo że na co dzień tym językiem się posługuję, w tym języku myślę i kocham. Czy mnie zaskoczyło? Zrobiło mi się po prostu nad wyraz miło, ale nutka zaskoczenia również w tym była. To miłe, gdy ktoś przyjmuje coś „nowego” z uśmiechem i – jakby tego było mało – chce jeszcze.

TDGM: Masz dar ubierania uczuć i emocji w słowa, przyoblekania ich w metafory. Dlaczego zatem nie śpiewasz po polsku, w języku, który słów na nazwanie tych stanów ma znacznie więcej niż angielski? Przynajmniej tak mi się wydaje. Jak Ty to widzisz?

Fismoll: Chodzi o nagość i o głupotę. Nie jestem mądrym człowiekiem, przeczytałem trochę książek w życiu, ale nie potrafiłem przeczytać przez parę lat choćby artykułu o jakiejś gitarze. Odkryłem, że – może kosztem wiedzy – wystarcza mi odczuwanie, czucie. W pewnym momencie zacząłem jednak bardzo mocno rozkoszować się poezją. Polską poezją. Nie byłem jednak nigdy przekonany do napisania tekstu w języku polskim, bo nie chciałem się aż tak – można rzec, że sam dla siebie – odkrywać. Gdy śpiewam w języku angielskim, zdaję sobie sprawę z tego, o czym śpiewam, ale jest to w jakimś stopniu rozmazane, skupiam się bardziej na melodii, aranżacji, tym, co dzieje się poza tekstem. Odwrotnie jest, gdy śpiewam po polsku. W 90% mój organizm składa się z sentymentu. Gdy śpiewam po polsku, to zawsze jest to w moim odczuciu na pierwszym planie, jestem strasznie narażony na działanie słów, pięknych zdań, jestem w stanie przeczytać jeden wers jakiegoś z wierszy Herberta, Krynickiego czy choćby Kofty i w tym samym momencie napełnić się łzami. Tekst do „Jaśnienia” jest radosny, ma w sobie nadzieję, jest czymś nowym i nie jest dla mnie aż tak emocjonalnie obnażający, ale powstało ostatnio parę utworów, które są już tekstowo inne. Takie, że nie wiem, czy będę mógł śpiewać je na koncertach. Są sentymentalne.

TDGM: Lubisz słowo, rzeźbienie z niego opowieści?

Fismoll: Lubię przeczytać wiersz, który z chęcią wytatuowałbym sobie na czole, do końca życia dumnie z nim chodząc. Lubię wzruszać się przy pojedynczych słowach wymawianych przez aktorów w filmach starszych ode mnie. Lubię myśli w pewnych momentach dnia, które od razu sobie notuję, by później móc do nich wrócić, czy też rozwinąć je i wyśpiewać. Uwielbiam wszystko to, co pozwala mi czuć, że jestem człowiekiem i mogę wybierać.

TDGM: Zbudowałeś z przyjaciółmi studio. Ma służyć Tobie, czy wiążesz z nim jakieś inne plany?

Fismoll: Zbudowałem je z przyjacielem Piotrkiem. Studio to może zbyt duże słowo – zbudowaliśmy razem pomieszczenie akustyczne. Póki co, mieszkam w Warszawie, mam ogromny pokój, który – pomyślałem – czemu miałby nie stać się profesjonalnym studiem domowym (co prawda, domowe studio w dzisiejszych czasach trudno nazwać profesjonalnym, ale tak właśnie jest w tym przypadku)? Można tu nagrać wszystko, prócz orkiestry kameralnej i chóru. Pachnie drewnem, jest domowo. Ma służyć przede wszystkim mnie, ale powoli zaczynam spełniać marzenie pomagania innym ludziom, by mogli nagrywać swoje myśli w profesjonalnych warunkach.

TDGM: Masz studio, wyprodukowałeś utwór Twojej siostry. Ciągnie Cię w tę stronę? Tworzenie muzyki dla samego siebie przestało Ci wystarczać, czy wynika to z czegoś innego?

Fismoll: Wynika to z potrzeby duszy. Uwielbiam poznawać ludzi, ich myślenie, sposób bycia, pragnienia i tęsknoty. Podczas nagrywania muzyki najłatwiej jest dostrzec wszystkie te rzeczy, bo to w dużym stopniu wtedy właśnie człowiek otwiera się na drugiego, ale i na siebie. Nie nagrywam metalowych kapel, śpiewających o krwi i brudzie (choć z chęcią bym czegoś takiego spróbował), a ludzi, którzy są wrażliwi na rzeczy drobne, niuanse. Rzeczą więc naturalną są tematy piękne, inspirujące, będące pożywieniem dla niektórych głodnych i wrażliwych części mózgu i serca. Kolejną rzeczą jest chyba satysfakcja. Satysfakcja z tego, że można komuś po prostu pomóc.

TDGM: Spotkaliśmy się niejednokrotnie, na różnych etapach Twojej kariery. Spoglądając z perspektywy czasu na to, co osiągnąłeś, w jakim miejscu się znalazłeś, jest coś, co byś zmienił, zrobił inaczej?

Fismoll: Tak, podjąłbym w życiu parę innych decyzji i nie popełnił błędów, przez które wiele utraciłem. Oczywiście, wszystko ma dwie strony medalu, więc nie ma tego złego… Jeżeli chodzi o muzykę, to nie zmieniłbym niczego. Obiecałem sobie, że do końca życia będzie ona czystym odzwierciedleniem mojej osoby, pewną referencją, wyznacznikiem tego, czy wszystko ze mną jest okej.

TDGM: A jak bardzo zmieniło się Twoje tworzenie w momencie, kiedy przeprowadziłeś się do Warszawy? Czujesz jakąś różnicę?

Fismoll: Chciałem wyjechać z domu, żeby zobaczyć, jak to będzie. Jest okej, ale kiedy tylko wracam do rodzinnego mieszkania w bloku na moim ukochanym Dębcu, to wiem, że mógłbym tam spędzić resztę swojego życia i że to właśnie tam najlepiej mi się tworzy. Mam tam lekkość i delikatność, której nie doświadczyłem nigdy nigdzie indziej.

TDGM: Pamiętam Cię jako skromnego chłopaka, który o tworzeniu muzyki opowiadał właśnie w swoim pokoju, w bloku na Dębcu. Jak po takim czasie odnajdujesz się w branży muzycznej? Czujesz się spełniony? Znalazłeś swoje miejsce?

Fismoll: Będę spełniony, gdy na końcu swojego życia, umierając, uśmiechnę się do siebie i powiem na głos samemu sobie, że miałem piękne życie, że przeżyłem je tak, jak chciałem je przeżyć. Póki będę żył w pełnej zgodzie z samym sobą, nie powinienem się pogubić, musieć odnajdywać. Po prostu jestem, po prostu doświadczam, przeżywam, wzruszam się, czasami na głos przeklnę, chyba się rozwijam, kocham. Moje miejsce jest wszędzie tam, skąd nie chce się uciekać, a spełniony nie poczuję się nigdy. Jakkolwiek to brzmi, „uśmiecha” mnie to od prawego do lewego ucha codziennie.

TDGM: Grasz mnóstwo koncertów, w różnych konfiguracjach, jeśli chodzi o skład. Czy teraz, po drugiej płycie i EP-ce gra Ci się inaczej niż po pierwszej? Coś idzie lepiej, gorzej? Zmieniły się Twoje oczekiwania co do publiczności i ich zaangażowania?

Fismoll: Czuję się na pewno troszkę bardziej swobodnie i jestem nieco pewniejszy siebie na scenie, choć oczywiście zależy to od wielu czynników. Niektóre koncerty są czymś w rodzaju katharsis, inne podobno „uśmiechają” ludzi i dają im swobodę mentalną. Po niektórych schodzę ze sceny ze łzami, bo wciąż nie umiem uwierzyć w to, że mogę grać, że dostałem taką zdolność i że są ludzie, którzy chcą mnie słuchać. Po niektórych idę na papierosa, by przetrwać to, jak bardzo brakowało mi świetnego dźwięku i dobrego odsłuchu. Różnie to bywa. Co do publiczności – moje oczekiwania od samego początku są takie same i nie zmienią się – chcę, by ludzie czuli się jak w domu, nawet jeśli jest to koncert grany dla paru tysięcy osób.

[MR/TDGM]

Lari Lu „11” [unboxing]

Lari Lu "11"

Lari Lu „11”

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczne płyty – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wygląda płyta Lari Lu pt. „11”:

Fismoll „Box of Feathers” [unboxing]

Fismoll "Box of Feathers"

Fismoll „Box of Feathers”

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczne płyty – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wygląda płyta Fismolla pt. „Box of Feathers”:

Oly. „Home” [RECENZJA]

Oly. "Home" Nextpop / 22.06.2015

Oly. „Home”
Nextpop / 22.06.2015

Jeśli można mówić o panującej w muzyce modzie, to wśród młodych polskich twórców panuje ta na smutek i melancholię, inspiracje czerpane rodem z Islandii. Trudno się temu dziwić, w muzyce islandzkiej jest bowiem pewna magia, swoista bajkowość, tajemnica, która pozwala oderwać się od rzeczywistości, przenieść myślami bardzo daleko. Mogłoby się wydawać, że lato, któremu towarzyszy aura zabawy, radości i beztroski, to niezbyt dobra pora na tego typu nastroje. Jednakże nawet w tej beztrosce potrzeba czasem chwili wytchnienia i pobycia sam na sam ze swoimi myślami. Dobrym tłem dla tych chwil będzie debiutancki krążek Oly. zatytułowany „Home”.

Całość płyty wypada dość mrocznie. Jest w nim ta chłodna, islandzka tajemnica, której aurę roztacza przede wszystkim delikatny, wpadający w szept wokal Oly. Senny, podszyty nostalgią śpiew artystki z jednej strony koi zmysły i pozwala odpłynąć, z drugiej wywołuje pewien niepokój.

Ten nastrój podkreślają skromne melodie. Album cechuje bowiem swoisty minimalizm. Nie uraczymy tutaj wielości warstw, rozbudowanych partii instrumentalnych, wręcz przeciwnie. Oszczędność dźwięków osiągnięta przy pomocy niewielu instrumentów, wśród których znalazły się ukochane przez artystkę ukulele („Flame”) oraz kalimba („My Dear Friends”), nadaje kompozycjom lekkości.

Nie oznacza to jednak, że jest to album monotonny i że brak mu zróżnicowania. Każdy utwór jest inny, posiada inne brzmienie, na inne dźwięki położony jest nacisk. W „Afterlife” jest to perkusja, która z kolei w „Rainhill” (swoją drogą, przywodzi mi on na myśl brzmienie KARI) uzupełniona została o brzmienie basu. „Cemeteries of Lights” zbudowany jest na samplach, moja ulubiona kompozycja, „The Loneliest Whale on Earth”, na bębnach i klawiszach, natomiast spokojna ballada pt. „The Chapter” w całości niemal opiera się o brzmienie wspomnianego już ukulele.

Przy takich artystach jak Oly. okazuje się, że nie potrzeba skomplikowanych zabiegów i nie wiadomo ilu instrumentów, żeby stworzyć coś głębokiego. I być może utwory z „Home” nie podbiją radiowych list przebojów, gdyż nie mają w sobie lubianej przez stacje nośności. Ale to nawet i dobrze, bo przez to trafią do tych słuchaczy, którzy będą potrafili je docenić za te wszystkie elementy, które nadają im wyjątkowości.

4/5

[MR/TDGM]