recenzja

Flow „Kleśa” [RECENZJA]

Flow "Kleśa" 3.02.2017

Flow „Kleśa”
3.02.2017

Znany jest Wam ten stan, kiedy włączacie płytę, przesłuchujecie pierwszy, drugi, trzeci kawałek i zupełnie nie wiecie, co dalej? Album jest bowiem tak inny od tego, co do tej pory słyszeliście, że trudno stwierdzić, czy to jest takie dziwne, że aż rewelacyjne, czy może niekoniecznie macie ochotę zagłębiać się w to bardziej. Jeśli taki stan niepewności przytrafi się Wam przy przesłuchiwaniu płyty zatytułowanej „Kleśa”, koniecznie przekroczcie tę dziwną granicę i przyswójcie cały materiał.

Bardzo cenię sobie przekraczanie przez artystów ich własnych barier. Nie istnieją dla mnie ortodoksyjne zasady w muzyce. Nie uważam, że ktoś, kto tworzy w jednym gatunku, musi się go trzymać do końca swoich muzycznych dni. Wręcz przeciwnie. Każdy eksperyment wzbogaca go jako twórcę, a ostatecznie i mnie jako słuchacza. Dlatego też nie oceniam płyty po okładce, ani po pierwszym odsłuchu. Każdej daję drugą, a czasem nawet piątą czy dziesiątą szansę. Piszę o tym, ponieważ przy przesłuchiwaniu płyty pt. „Kleśa” jako odbiorca musiałam przekroczyć własne granice.

Płyta Flow nie jest bowiem albumem, do którego można sobie usiąść ot tak. Wymaga od słuchacza totalnego skupienia i uwagi. Szczególnie jeśli chodzi o warstwę liryczną, która tak naprawdę stanowi trzon tego krążka. Teksty odnoszą się do toksycznych emocji, co bardzo dobrze słychać na przykład w utworze pt. „Love”, w którym autorka śpiewa: „Jezu, jak ja Cię nienawidzę, rozdepczę Cię jak robaka, aż zaczniesz o litość błagać (…)”, by następnie przejść do refrenu, w którym deklaruje: „Jest tylko jeden problem, bez Ciebie żyć nie mogę, jest tylko taka heca, bez Ciebie mnie nie ma”.

Flow świetnie bawi się słowem. Prowadząc inteligentną grę i wykorzystując liczne metafory, opowiada swoje historie, przekazując odbiorcy własne refleksje i spostrzeżenia na temat świata, jak np. w „Kahlo” („Po co mi stopy, kiedy mam skrzydła? Wznoszę się na nich – lekka, bezwstydna. Gdy z moich dłoni ucieka prawda, w błękicie tonę – naga, bezwładna”). Nad takimi tekstami aż żal i wstyd się nie pochylić. Jeśli dodać do tego bardzo zróżnicowaną linię melodyczną, w której znajdziemy elementy trip-hopu, alternatywnego soulu z domieszką jazzu czy akustycznego folku, otrzymujemy coś wyjątkowego.

„Kleśa” z pewnością nie trafi do kogoś, kto muzykę traktuje jako miłe tło dla innych czynności. To płyta, która zdecydowanie zasługuje na to, by pominąć dla niej swoje uprzedzenia czy jakiekolwiek obawy i wysłuchać jej z pełną uwagą od początku do końca. „Kleśa” to w końcu płyta, która poszerza horyzonty i to nie tylko muzyczne.

4,5/5

[Magda Rogóż/TDGM]

Sophie Ellis-Bextor „Familia” [RECENZJA]

Sophie Ellis-Bextor "Familia" Sony Music / 9.09.2016

Sophie Ellis-Bextor „Familia”
Sony Music / 9.09.2016

Kiedy na początku 2014 roku ukazał się piąty krążek Sophie Ellis-Bextor, zatytułowany „Wanderlust”, stylistyczna wolta, jakiej dokonała Brytyjka, okazała się zaskoczeniem. Album w pierwszym tygodniu sprzedaży trafił na piątą pozycję UK Album Chart. „Wanderlust” napisany wespół z Edem Hartcourtem to „songwriterski zwrot” w karierze Sophie, a wspominam o nim dlatego, że wydana ponad dwa lata później „Familia” kontynuuje obrany przez wokalistkę kierunek i pokazuje, że Ellis-Bextor staje się songwriterką z krwi i kości.

Sophie niejednokrotnie podkreślała, że „Familia” to „młodsza siostra” poprzedniego albumu. Wiele w tym prawdy, bowiem nowa płyta Ellis-Bextor porusza się w tych samych rejonach stylistycznych, lecz jest dojrzalszym materiałem, który pokazuje, że wokalistka świetnie czuje się w tym zestawie brzmień i jej chwilowe rozstanie z popem nie było przypadkiem. Brytyjka często zaznacza, że jej ostatni album inspirowany jest kulturą Ameryki Południowej, a ściślej – Meksyku. Influencje te są raczej widoczne w wizualnej oprawie „Familii” oraz strojach przywdziewanych przez Sophie, niż w warstwie muzycznej, chociaż dwa utwory sięgają do charakterystycznych dla tego regionu brzmień – „Hush Little Voices” oraz zamykający album „Don’t Shy Away”. Daje się odczuć, że „Familia” jest (pewnie m.in. za sprawą meksykańskiego słońca) o wiele bardziej „tanecznym” albumem niż „Wanderlust”. Tanecznym słusznie ujętym w cudzysłów, bowiem pierwszy, zapowiadający album singiel, „Come With Us”, to chyba najlepszy przykład połączenia tanecznego i żywiołowego oblicza Sophie z bardziej klasycznym podejściem do komponowania, pozbawionym nadmiernej elektroniki. Otwierający zestaw „Wild Forever” to również dynamiczny i rozbłyskujący słońcem „opener”. Gdy zestawimy go z koturnowym „Birth of an Empire” z „Wanderlust”, łatwo zauważyć, jakim śladem podążają oba ostatnie albumy. Na „Familii” nie brakuje oczywiście „monumentalnych ballad”, których niedoścignionym wzorem jest dla mnie „Move This Mountain” z debiutu Sophie z 2001 roku. Do takich wzniosłych momentów zalicza się „Death of Love”, który – mimo dość powtarzalnej struktury – nie daje o sobie zapomnieć dzięki charakterystycznej gitarze, która buduje łatwo zapamiętany (czyli również nieskomplikowany) riff, syntezatorom w refrenie oraz charakterystycznemu sposobowi jego zaśpiewania przez Ellis-Bextor, nisko, głęboko, niemalże deklamująco. „Here Comes the Rapture” jest oparty głównie na smyczkach, przez co nabiera podobnego charakteru. Niejedna wokalistka pop mogłaby pozazdrościć takiego utworu. Przeciwwagą dla takich momentów, dość jednostajnych, jest utwór o najbardziej niejednorodnej, dynamicznej strukturze, zaskoczenie na płycie, czyli „My Puppet Heart”, który w warstwie tekstowej nawiązuje do udziału Sophie Eliis-Bextor w brytyjskim „Tańcu z gwiazdami”. Trochę na uboczu pojawiają się „Cassandra” czy „The Saddest Happiness”.

Po dwóch songwriterskich albumach ciekaw jestem, w jakim kierunku podąży Sophie Ellis-Bextor. Póki co, warto posłuchać jej na żywo, a taka okazja nie zdarza się często w Polsce. 8 marca wokalistka wystąpi w Warszawie, będzie to jej pierwszy klubowy koncert nad Wisłą od 15 lat. Fani „Murder on the Dancefloor” na pewno usłyszą ten utwór, a inni z pewnością będą pod wrażeniem tego, w jakiej formie jest teraz Brytyjka, która w tym roku obchodzi 20-lecie kariery muzycznej, którą rozpoczęła w zespole theaudience.

4/5

[Kamil Osękowski/TDGM]

Gypsy and the Acid Queen „Gypsy and the Acid Queen” [RECENZJA]

Gypsy and the Acid Queen "Gypsy and the Acid Queen" 1.05.2016

Gypsy and the Acid Queen
„Gypsy and the Acid Queen”
1.05.2016

Mam wrażenie, że – w odniesieniu do muzyki – słowo „artysta” traci na znaczeniu. Coraz częściej bowiem używa się go w stosunku do osób, które muzykę wykonują, ale nie piszą tekstów lub nie komponują melodii. Z wielkim podziwem słucham wówczas takich twórców jak Kuba Jaworski, występujący pod pseudonimem Gypsy and the Acid Queen, który w zeszłym roku wydał płytę o takim samym tytule.

Co jest w nim takiego wyjątkowego? To prawdziwy człowiek orkiestra. Kuba sam pisze teksty, samodzielnie tworzy muzykę, jak również sam gra koncerty. Pierwszy krążek, który wydał pod pseudonimem Gypsy and the Acid Queen, to godzina idealnej równowagi pomiędzy klasycznymi gitarowymi riffami, nowoczesną elektroniką oraz songwriterskimi balladami. To świadczy nie tylko o posiadaniu solidnego muzycznego zaplecza, jeśli chodzi o znajomość gatunków, ale też o pewnym smaku, jeśli chodzi o połączenie tych elementów ze sobą.

Dzięki tym zabiegom oraz samemu wokalowi Kuby, często zachrypniętemu, „Gypsy and the Acid Queen” zyskało wyjątkowy klimat. Dwanaście piosenek wprowadza słuchacza w coś na wzór transu. Jak już raz odpali się ten album w odtwarzaczu, trudno tak po prostu go wyłączyć.

Jedynym dysonansem, jaki odczuwam po przesłuchaniu tego krążka, jest zdecydowany niedobór polskich tekstów. Rozumiem, co prawda, że śpiewanie o emocjach po angielsku jest dużo bardziej bezpieczne, mniej obnaża duszę artysty niż język ojczysty, ale jednak to utwór pt. „Wilk” uważam za zdecydowanie najlepszy. Nie umniejszam tym absolutnie pozostałym kompozycjom, za pomocą których Kuba przekazuje światu swoje emocje. Tym bardziej, że po „Wilku” w czołówce plasują się również kawałki pt. „Home”, „Hush” czy „Last Night on Earth”, natomiast płyta zyskałaby apogeum mojego uznania, gdyby polskich tekstów pojawiło się na niej więcej, czego z kolei życzyłabym sobie przy kolejnym krążku tego ARTYSTY.

4,5/5

[Magda Rogóż/TDGM]

Sambor „Umbra” [RECENZJA]

Sambor "Umbra" 6 stycznia 2017

Sambor „Umbra”
6.01.2017

Umówmy się – zima nie jest zbyt wdzięczną porą. Szczególnie wtedy, gdy na zewnątrz jest przeraźliwie zimno, szaro-buro i ponuro, w dodatku brakuje śniegu i tego charakterystycznego skrzypienia pod butami. Jedynym co wówczas pozostaje, to zaszyć się pod kocem z dobrą książką albo dobrą płytą, która sprawi, że zrobi się choć odrobinę cieplej. I to też miało miejsce w przypadku pierwszej w tym roku płyty, która wpadła w nasze redakcyjne ręce, czyli najnowszego krążka zespołu Sambor zatytułowanego „Umbra”.

Oczywiście pewnym paradoksem może być odnoszenie się przy tym albumie do ciepła. Jeśli bowiem skupić się na warstwie tekstowej i ogólnym przekazie „Umbry”, można pokusić się o stwierdzenie, że ta płyta jest wręcz kwintesencją zimowego stanu. Stanu melancholijnego zawieszenia, kiedy brak słońca pozbawia nas energii do działania. Niby nowy rok, nowi my, nowe wyzwania, a jednak bliżej nam do tych momentów, kiedy szukamy sensu, a w myślach gonimy za szczęściem czy poczuciem spełnienia, nie potrafiąc dogonić tego w rzeczywistości. Aczkolwiek te smutne piosenki, które zwykle kojarzą się z akustycznym brzmieniem gitary, wybrzmiewając z „Umbry” na syntezatorowych podkładach, przyciągają jak do ognia.

Być może dlatego, że pomimo wymownych tekstów to jednak warstwa muzyczna zdecydowanie przeważa na tym krążku. Głębokie linie basów, przestrzenne pogłosy i brzmienie analogowych syntezatorów w połączeniu z ciepłym wokalem Sambora stanowią piękne tło dla smutnych opowieści, budując tej tytułowej najciemniejszej strefie cienia dość przyjemną aurę, dzięki której trudno się od tej płyty oderwać, a przy tym łatwo się w niej zatracić. W tym momencie nie mogę nie wspomnieć o ostatniej kompozycji na trackliście, czyli utworze pt. „Galapagos”. Może i łatwo jest pisać piosenki o miłości, szczególnie tej nieszczęśliwej, ale TAK pisać potrafią nieliczni, a „Galapagos” od stycznia zalicza się u mnie do tych kawałków o miłości, które zyskują miano „piosenek wszech czasów”.

Szkoda tylko, że z dobrymi albumami, które wydawane są na początku roku, jest swoisty kłopot. Z jednej strony bowiem dają słuchaczowi poczucie nowości, świeżości, sprawiają, że już od stycznia człowiek cieszy się tym, że pod względem muzycznym to będzie dobre dwanaście miesięcy. Z drugiej jednak, niestety, na koniec roku takie płyty bywają pomijane w podsumowaniach, przytłoczone ilością tego, co w ciągu roku pojawia się na rynku, popadają w niepamięć. Mam zatem ogromną nadzieję, że tak nie będzie w przypadku „Umbry”.

5/5

[Magda Rogóż/TDGM]

SPR/Synowie Rapu „Rapsolutorium” [RECENZJA]

SPR/Synowie Rapu "Rapsolutorium"

SPR/Synowie Rapu „Rapsolutorium”
9.12.2016

Dosyć szybko po kliknięciu w link do odsłuchu „Rapsolutorium” zorientowałam się, że to będzie płyta, na której znajdę głównie treści płynące prosto z serca. I nieważne, jeśli zabrzmiało to patetycznie czy rzewnie. Taki jest ten album – napisany od serca, po prostu. A żeby była jasność, na okładce krążka znajduje się znaczek, który mówi wyraźnie: „Uwaga: zawiera duże ilości szczerości”.

SPR nagrał płytę, która jest doskonałą odskocznią od tych wszystkich materiałów wypełnionych hajsem, lansem, chlaniem i nowymi laskami. Bez kitu, sto razy bardziej wolę posłuchać kolesia, który może i nie operuje flow rozrywającym bity na strzępy, ale ma głowę na karku, a nie ciągle w oparach alkoholu czy dymu z jointa. Wolę nawijkę o tym, co tego człowieka boli, wkurza, z czym sobie nie radzi albo jak wspomina prezenty z dzieciństwa, a właśnie takie motywy znaleźć można w linijkach zawartych na „Rapsolutorium”.

Autor powyższych tekstów ma przed sobą jeszcze trochę pracy nad flow, bo wersy, które kładzie na podkłady, brzmią momentami tak, jakby sylabizował wyrazy w zdaniach. Osobiście jednak nie należę do osób, które, słuchając muzyki, zwracają uwagę wyłącznie na kwestie techniczne, zatem dopóki SPR będzie serwował szczere opowieści o swoim życiu, swojej rodzinie i opisywał własne otoczenie tak, jak poleca to robić w skicie zatytułowanym „Wykład o stylu”, zawsze chętnie włączę jego nowe numery.

„Rapsolutorium” jest krążkiem, który nie tylko z chęcią postawię na półce, bo takie albumy warto posiadać, ale przede wszystkim z przyjemnością wrzucę go co jakiś czas do odtwarzacza – czy to w mieszkaniu, czy w aucie – również z uwagi na warstwę muzyczną. Bity zostały bowiem dobrane świetnie – tworzą odpowiednie tło dla głosu SPR-a tak w ogóle, a jeszcze lepszą oprawę dla jego poszczególnych historii.

4/5

[Katarzyna Janik/TDGM]