relacja

Sophie Ellis-Bextor w Warszawie [RELACJA]

Sophie Ellis-Bextor / źródło: https://www.facebook.com/SophieEllisBextor

Pierwszy warszawski koncert Sophie Ellis-Bextor zamknął tegoroczną trasę promującą wydany we wrześniu 2016 roku szósty album Brytyjki zatytułowany „Familia”. W środowy wieczór warszawska Progresja zapełniła się fanami Sophie, którzy od lat czekali na klubowy występ wokalistki nad Wisłą. W przeszłości Ellis-Bextor pojawiła się tylko raz na koncercie w Polsce – pewnie mało kto pamięta o tym, że wystąpiła w gdyńskim Uchu w 2003 roku podczas trasy koncertowej z debiutanckim longplay’em „Read My Lips”. Później sporadycznie pojawiała się jako gość na pokazach mody lub rozdaniach nagród muzycznych, czy też sama o nie rywalizowała (mam tu na myśli Sopot Festival w 2007 roku). Zapewne  między innymi dlatego wśród publiczności znalazło się wiele osób w różnym wieku, a moją szczególną uwagę przykuło urocze starsze małżeństwo, które świetnie bawiło się w pierwszym rzędzie.

Wieczór rozpoczął „Wild Forever”, a pierwsza część koncertu to utwory z dwóch ostatnich, „siostrzanych” płyt Sophie – „Wanderlust” oraz „Familia”. Wokalistka zaprezentowała niesamowitą formę wokalną i fizyczną, bowiem niemalże przez cały koncert również tańczyła. Ellis-Bextor na żywo brzmi fenomenalnie, co podkreśliła szczególnie na samym końcu koncertu, kiedy to zeszła ze sceny i  przy stole mikserskim w głębi sali, a capella i bez mikrofonu (!) zaśpiewała fragment „Here Comes the Rapture”. Nie można też odmówić Brytyjce poczucia humoru oraz złapania błyskawicznej interakcji z publicznością. Publika uczyła Sophie, jak poprawnie wymówić po polsku takie zwroty jak „zaśpiewaj ze mną” czy „kocham cię”, czym zdecydowanie rozczulała fanów („dziękuję” zdążyła się nauczyć podczas wcześniejszych wizyt nad Wisłą). Mimo że pierwsza część koncertu była preludium do bardziej tanecznej części drugiej, to nie była pozbawiona energii. „The Deer and the Wolf”, „Love Is a Camera” to utwory z płyty „Wanderlust”, które zdecydowanie lepiej wybrzmiewają w wersji live. Podobnie chociażby z „Cassandrą” z zeszłorocznej „Familii”, która na płycie wypada bezbarwnie w porównaniu do reszty utworów. Wyśmienite ballady „Death of Love”, „Crystallise” i „Unrequited” również potwierdziły, że songwriterski kierunek, który obrała Ellis-Bextor, to właściwa droga.

Podczas każdego koncertu fani artystki mają swoje „pięć minut”, bowiem to oni na Twitterze mogą wybrać utwory, które Sophie prezentuje w wersji akustycznej. W Warszawie wybrzmiały „Catch You”, „Mixed Up World” oraz „Get Over You”. Brytyjka szybko przebrała się w sukienkę i rozpoczęła się taneczna część koncertu, którą otworzył „Come With Us” z „Familii”. Nie bez przyczyny Sophie pytała publiczności, czy zabrała na ten wieczór taneczne buty. Gorączka środowej nocy trwała w najlepsze, kiedy to pojawił się medley złożony z „Lady” grupy Modjo, „Groovejet” z DJ-em Spillerem i hitu Moloko „Sing It Back”. Sophie zaśpiewała również swój pierwszy, solowy singiel, czyli częściowy cover utworu Cher „Take Me Home”, jak również „Heartbreak (Make Me a Dancer)”. Nie mogło zabraknąć największego, nieśmiertelnego przeboju Brytyjki, czyli „Murder on the Dancefloor”.

To prawdopodobnie najlepszy koncert popowy, w jakim miałem przyjemność brać udział. Sophie Ellis-Bextor udowodniła, że na żywo jej szeroki repertuar brzmi fenomenalnie, jest dojrzałą i pełną klasy artystką z krwi i kości.

[Kamil Osękowski/TDGM]

Reklamy

Agnieszka Chylińska we Wrocławiu [RELACJA]

Agnieszka Chylińska

Agnieszka Chylińska

Agnieszka Chylińska. Legenda polskiej sceny muzycznej. Genialny wokal, niezwykła osobowość i charyzma. Żeński typ niepokorny. W tym roku artystka niespodziewanie powróciła z nową płytą zatytułowaną „Forever Child”, którą wytwórnia zapowiedziała jako powrót do korzeni. Umówmy się, jeśli chodzi o brzmienie, najnowszemu dziełu Agnieszki daleko do rocka. Mamy tutaj do czynienia z popem w najczystszej postaci. Cała reszta, czyli wizerunek, dynamika i to typowe dla niej zdzieranie gardła to kwintesencja Agnieszki Chylińskiej. Powrotem do korzeni natomiast można z pewnością nazwać jej obecną trasę koncertową. Mogłam się o tym przekonać w miniony piątek (4 listopada) we wrocławskim Centrum Kongresowym Hali Stulecia.

Nie przesadzę, jeśli już teraz zaliczę ten koncert do muzycznych wydarzeń roku. Trudno mi przywołać z pamięci inny występ jakiegokolwiek artysty w ostatnich miesiącach, który dostarczyłby mi tyle emocji, doznań i dawki endorfin, ile dostarczyła mi ich w piątek Agnieszka Chylińska. Pod jakim kątem bowiem by na niego nie spojrzeć, była to przede wszystkim świetna zabawa.

Podczas koncertu wokalistka zaprezentowała energiczne kawałki ze swojej najnowszej płyty, z czego największą euforię wywołała oczywiście dwukrotnie wykonana „Królowa łez”. Wrocławska publiczność wykazała się wręcz idealną znajomością tekstu, wyśpiewując z Agnieszką każde słowo. Świetnie sprawdził się też żywiołowy kawałek „KCACNL” z łatwo wpadającym w ucho refrenem, ale przede wszystkim porywającą do tańca melodią. Trudno było przy nim nie dać się ponieść.

Tym jednak, co najbardziej urzekło, to powrót do starych kawałków, które przywołały wspomnienia i obudziły sentymenty. Obserwując reakcję widowni na takie utwory jak „Kiedy powiem sobie dość”, „Niekochana”, „Najtrudniej” czy „Drzwi”, trudno mi wyobrazić sobie, by nie wywołały one ciarek na ciele. Odbiór tych właśnie kompozycji mógłby wręcz wskazywać na to, że właśnie dla tych wspomnień i czasów młodości część słuchaczy przyszła na ten koncert.

Na ogromne uznanie zasługują również towarzyszący Agnieszce na scenie muzycy, którzy tamtego wieczoru dali z siebie wszystko. A już szczególne ukłony kieruję tutaj w stronę Bartka Królika i Marka Piotrowskiego, którzy są autorami muzyki na płycie „Forever Child” i wykazali się przy tym nie tylko swoimi umiejętnościami, ale też odwagą. Nie wspominając o tym, jak genialnie odnaleźli się w całym repertuarze Agnieszki podczas koncertu.

I tak, potrzeba nie lada odwagi, by w obliczu wszechpanującej internetowej krytyki zrobić coś swojego i w zgodzie ze sobą. Agnieszka Chylińska po raz kolejny pokazała, że muzykę robi przede wszystkim z potrzeby serca, dla wyrażenia siebie. I wyłącznie przez pryzmat swojej twórczości powinna być przez nas, słuchaczy, odbierana. Swoim wrocławskim koncertem nie tylko dostarczyła mi kolejnych muzycznych wrażeń, ale przede wszystkim pokazała to, że w tym, co robi, jest autentyczna. Jest, jaka jest, nie wstydzi się tego i za to należy jej się ogromny szacunek.

[Magda Rogóż/TDGM]

SHMIB – Elvin Flamingo / Irek Wojtczak / JAAA! we Wrocławiu [RELACJA]

SHMIB / fot. Paweł Wyszomirski / źródło: www.facebook.com/SHMIBhybrid

SHMIB / fot. Paweł Wyszomirski / źródło: http://www.facebook.com/SHMIBhybrid

Do muzyki eksperymentalnej zwykle podchodzi się z dystansem. Obracamy się bowiem wśród znanych i często utartych rozwiązań muzycznych – utwory mają być melodyjne, wpadać w ucho, „piosenka musi posiadać tekst” i już. Na szczęście ostatecznie nie zawsze tak jest, dlatego też muzyka alternatywna wciąż poszerza kręgi odbiorców. I dobrze, bo nierzadko poznanie tego, co nieznane czy wręcz inne może być wzbogacającym przeżyciem. Przekonałam się o tym podczas występu Elvina Flamingo, Irka Wojtczaka i JAAA!, którzy w niedzielę we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki przedstawili projekt SHMIB.

Słuchając na co dzień bardzo różnej muzyki, poszukując nowości, szperając w zakamarkach internetu, udaje mi się natrafić na wyjątkowe dźwięki i nietuzinkowe rozwiązania. Sam zespół JAAA! zaliczał się do takich odkryć, kiedy usłyszałam ich po raz pierwszy na początku zeszłego roku. Ich muzyka znacząco różni się od tego, co serwują stacje radiowe. To, co robią, można śmiało nazwać czymś odjechanym, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę wspomniany już projekt SHMIB, czyli Symultaniczną Hybrydę Muzyki Improwizowanej z Bioartem.

Na czym to polega? Otóż jest to koncert z udziałem mrówek. Mrówek, z którymi artyści wchodzą podczas występu w muzyczną interakcję. Dzięki bardzo czułym mikrofonom, umieszczonym w inkubatorach z mrówkami, publiczność mogła usłyszeć dźwięki wydawane przez te małe stworzenia, które uzupełnione zostały o elektroniczno-instrumentalne improwizacje tworzone przez Mirona, Kamila i Marka z JAAA! oraz Irka Wojtczaka.

Tym, co robiło wrażenie, to zapowiadana symbioza. Obserwując muzyków i wsłuchując się w ich brzmienie, nietrudno było zauważyć, jak bardzo są zaangażowani w to przedsięwzięcie. Całość współgrała ze sobą idealnie. Połączenie muzyki, odgłosów mrówek, inkubatorów i wyświetlanych zbliżeń z kamer absorbowało uwagę tak bardzo, że nawet się nie zorientowałam, kiedy minęła godzina, a wychodząc z sali, nie potrafiłam powiedzieć nic innego niż: „Wow! To było coś niesamowitego!”. Bardzo cieszy zatem fakt, że artyści tacy jak JAAA! angażują się w tego typu inicjatywy i sami się tym, mówiąc kolokwialnie, jarają. Ja z kolei jestem pewna, że bardzo żałowałabym, gdybym w miniony niedzielny wieczór nie pojawiła się w Narodowym Forum Muzyki.

[MR/TDGM]

The Neighbourhood w Poznaniu [RELACJA]

Jesse Rutherford / The Neighbourhood / Poznań 2016 fot. KJ/TDGM

Jesse Rutherford / The Neighbourhood / Poznań 2016
fot. KJ/TDGM

Trudno uwierzyć, że polscy fani The Neighbourhood mogą jeszcze odczuwać niedosyt pod względem koncertowych wizyt chłopaków. A jednak w czwartkowy wieczór (3 marca) hala nr 1 Międzynarodowych Targów Poznańskich niemalże pękała w szwach. Kolejny wyprzedany koncert Kalifornijczyków potwierdził, że ich występy to wciąż jedne z najbardziej pożądanych wydarzeń koncertowych.

Tamtego wieczoru chyba każdy usłyszał swój ulubiony kawałek, Amerykanie zagrali bowiem wszystkie najbardziej znane utwory. Ze sceny wybrzmiały zarówno „Afraid”, „Let It Go”, „W.D.Y.W.F.M.?” oraz słynny „Sweater Weather” z pierwszej płyty, jak również „Prey”, „Cry Baby”, „Daddy Issues” oraz „R.I.P. 2 My Youth” z albumu „Wiped Out!”. Przy czym bez trudu dało się zauważyć, które numery należą do tych wręcz ukochanych. Reakcja widowni na poszczególne piosenki była adekwatna do ich popularności – w tych momentach bowiem poziom euforii wzrastał, a publiczność zaczynała krzyczeć, głośno śpiewać oraz tańczyć.

Niestety, podobnej euforii próżno było szukać u członków zespołu, choć wokalista grupy, Jesse Rutherford, bawił się w miarę dobrze, teatralnie przemierzając scenę w każdą stronę, bujając się do poszczególnych kompozycji, jak również próbując wykonywać moonwalk. W jego ekspresji zabrakło jednak większego kontaktu z publicznością, interakcji, która pozwoliłaby jeszcze bardziej wciągnąć widownię do wspólnej zabawy.

The Neighbourhood ponownie pozostawili więc po swoim występie niedosyt, również dlatego, że zeszli ze sceny bez bisu. I chociaż tego ostatniego akurat można się było spodziewać, to wspomnianego już niedosytu nie sposób było złagodzić. Pozostaje zatem czekać na kolejną wizytę zespołu w Polsce.

[MR/TDGM]

Glen Hansard we Wrocławiu [RELACJA]

Glen Hansard / Wrocław 2016
fot. KJ/TDGM

Po koncercie Glena Hansarda, który odbył się w poniedziałek (29 lutego) we wrocławskim Starym Klasztorze, ogromnie żałuję, że wcześniej nie widziałam tego artysty na żywo. To, co działo się nie tylko na scenie, ale również na widowni, trudno bowiem opisać, nie używając przy tym pewnych niecenzuralnych, aczkolwiek pozytywnie nacechowanych słów.

Wybierając się do Starego Klasztoru, spodziewałam się raczej klimatu rodem z filmu pt. „Once”. Myślałam, że posiedzę lub postoję gdzieś w ciemnym kącie, zatopię się w spokojnym gitarowym brzmieniu i będę chłonąć muzykę, a przy okazji będę mogła odpłynąć gdzieś myślami. Nic bardziej mylnego. Glen okazał się być scenicznym zwierzęciem, które zmieniło moje nastrojowe wizje w niezłą imprezę.

Swoją energią Glen mógłby zawstydzić niejednego młodszego kolegę po fachu. W swój występ włożył tyle ekspresji i żywiołowości, że aż w pewnym momencie pękła mu struna. Trudno było nie dać się temu porwać, czego efektem była rozkrzyczana i roztańczona publiczność. Nie dostrzegłam chyba osoby, która choć raz nie klasnęłaby w dłonie lub nie tupnęła nogą. Niełatwo też było wyłowić z tłumu uczestnika koncertu, który nie uśmiechnął się na opowiadane przez artystę anegdoty, przyjmowane dziwne pozy czy miny albo kogoś, kto nie wzruszył się przy kawałku pt. „Falling Slowly” zaśpiewanym razem z Markétą Irglovą.

Glen ma ogromną charyzmę, to trzeba mu przyznać. Każdy z wykonywanych przez niego utworów był przyjmowany z niemałym entuzjazmem. Nie ma się jednak czemu dziwić – cały występ był perfekcyjnie przygotowany. Towarzyszący Glenowi muzycy, którzy wyśmienicie uzupełniali artystę w jego scenicznych poczynaniach, a właściwie wręcz mu partnerowali, włożyli w swoją pracę nie mniej energii, a przy tym bardzo aktywnie uczestniczyli w wykonywaniu kolejnych kawałków. Jeden z członków sekcji dętej zaśpiewał z Glenem jeden z utworów, z kolei gitarzysta, który ma polskie korzenie, uświetnił wieczór znanymi wszystkim Polakom piosenkami „Hej, sokoły!” oraz „Płonie ognisko”, w czym uczestniczył cały zespół i oczywiście również publiczność.

Największą niespodzianką minionego poniedziałku był dla mnie moment, w którym Glen Hansard – zaraz po zejściu ze sceny po głównej części koncertu – pojawił się przede mną (na schodach) ze swoją gitarą, by zagrać na bis. Pytając o to, czy nie będzie przeszkadzał, stanął przy barierce i wykonał „Say It to Me Now”, a zaraz po tym obok niego pojawili się gitarzysta i perkusista, którzy wsparli go przy utworze pt. „Gold”.

Glen jest showmanem, ma niespożytą energię i fantastyczny zespół. Widać, że kocha to, co robi i że granie koncertów sprawia mu ogromną przyjemność. To właśnie dzięki jego postawie i atmosferze jaką wprowadził, śmiało mogę zaliczyć ten koncert do jednego z najlepszych, na jakich kiedykolwiek byłam.

[MR/TDGM]