Warner Music Group

Selah Sue – o muzyce jako pracy i cenie sławy [WYWIAD]

Selah Sue

Selah Sue

Selah Sue to postać, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Silny, charakterystyczny głos, ogromna charyzma, ekspresja i zaangażowanie w to, co robi – z tymi cechami kojarzy się tę belgijską artystkę. O wywiad z Selah Sue starałyśmy się trzy lata, a ponieważ nie było łatwo, możliwość spotkania się z nią była spełnieniem jednego z większych tego typu marzeń. Z artystką rozmawiałyśmy przed jej warszawskim koncertem w klubie Progresja.

[MR/KJ/TDGM]

Coldplay „A Head Full of Dreams” [unboxing]

Coldplay "A Head Full of Dreams"

Coldplay „A Head Full of Dreams”

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczna płyta – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wygląda płyta Coldplay pt. „A Head Full of Dreams”:

Ed Sheeran „x” (Wembley Edition) [unboxing]

Ed Sheeran "x" (Wembley Edition)

Ed Sheeran „x” (Wembley Edition)

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczna płyta – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wygląda płyta Eda Sheerana pt. „x” (Wembley Edition):

Little Dragon „Nabuma Rubberband” [RECENZJA]

Little Dragon "Nabuma Rubberband" Warner Music Group / 12.05.2014

Little Dragon „Nabuma Rubberband”
Warner Music Group / 12.05.2014

To z czym przede wszystkim kojarzy się słuchaczom Little Dragon, to muzyka taneczna. Przepełnione optymizmem i radością, skłaniające do zabawy, elektroniczne dźwięki, które dopełniają jazz, pop i folk. I choć intrygujący tytuł „Nabuma Rubberband” mógłby w jakiś sposób wskazywać na kontynuację tego nastroju, najnowsze dzieło Szwedów jest dużo spokojniejsze od jego poprzedników.

Prezentowany materiał jest dosyć zróżnicowany. Z jednej strony cechuje go łagodność, z drugiej natomiast melodie momentami wydają się być ciężkie i mroczne. Wyraźny bit przeplata się ze zmysłowym, kojącym wokalem Yukimi Nagano. To wszystko sprawia, że przy takich utworach jak np. otwierający album „Mirror”, „Cat Rider” czy tytułowy „Nabuma Rubberband” można odpłynąć. Jedynymi momentami podrywającymi do tańca są single, czyli „Klapp Klapp” i „Paris”.

Tym co cieszy uszy, a co daje się łatwo wysłyszeć, jest duża liczba detali, które wskazują na wielowarstwowość kompozycji. Do pojedynczych elementów, w trakcie rozwijania się utworu, dodawane są kolejne. Najlepszym tego przykładem jest kawałek pt. „Pretty Girls”, jeden z lepszych na tej płycie. Prosty bit zostaje w nim rozwinięty o dodatkowe uderzenia w aparat perkusyjny, brzmienie syntezatorów, a także smyczków.

„Nabuma Rubberband” nie jest płytą, przy której będzie można poszaleć na parkiecie. Choć Little Dragon pozostali przy swoich elektronicznych korzeniach, ten album jest dużo bardziej chilloutowy. To tak, jakby grupa pokazywała pewną dojrzałość, choć w rzeczywistości może być to tylko efekt zabawy, eksperymentowania z muzyką. Jak by nie było, jest to album, po który warto sięgnąć, choćby ze względu na pewien sentyment do zespołu, jak i zwykłą muzyczną ciekawość.

4/5

[MR/TDGM]

Lykke Li „I Never Learn” [RECENZJA]

Lykke Li "I Never Learn" Warner Music Group / 5.05.2014

Lykke Li „I Never Learn”
Warner Music Group / 5.05.2014

Nie od dzisiaj wiadomo, że muzyka jest jednym z najlepszych nośników emocji. Dla tworzących ją artystów jest pewną formą ekshibicjonizmu. W kompozycjach opowiadają własne historie, dzielą się własnymi przeżyciami i poglądami na temat otaczającej rzeczywistości. Dlatego też znakomitą większość albumów można potraktować jako bardzo osobiste zwierzenia. I tak można postrzegać również najnowszy krążek Lykke Li, pt. „I Never Learn”, który stanowi ostatnią część trylogii.

Na „I Never Learn” trafiło dziewięć melancholijnych kompozycji przepełnionych bólem, smutkiem i tęsknotą. Kluczową rolę pełnią tutaj bardzo proste teksty. Poszczególne wersy układają się w historię nieszczęśliwej miłości i zawiedzionych nadziei. Słychać to w słowach utworu „Never Gonna Love Again” („I’m alone tonight babe and I’m never gonna love again”) czy przeszywającym duszę „Gunshot” („and the shot goes through my head and back, gunshot, I can’t take it back, my heart cracked, really loved you bad, gunshot, I’ll never get you back”).

Nie jest jednak tak, że nie znajdziemy tutaj choćby iskierki nadziei i wiary w miłość. W spokojnej balladzie pt. „Love Me Like I’m Not Made of Stone” Lykke śpiewa: „even though it hurts, even though it scars, love me when it storms, love me when I fall, every time it breaks, every time its torn, love me like I’m not made of stone”. Słowa „Silverline” również wskazują na potęgę uczucia, szczególnie kiedy słychać: „if you can’t I’ll be the dreamer, be the night and I will be your shining light”.

Kompozycje dopełniają spokojne, ale mocne melodie. Brzmienie płyty – oparte na gitarze i pianinie – zostało uzupełnione silnymi uderzeniami w perkusję. Dramaturgii dodaje rozdzierający momentami wokal Lykke Li, sprawiający, że przekaz nabiera jeszcze większej mocy, a sam album można postrzegać w kategorii bardzo spójnego. Wszystkie jego elementy – instrumenty, wokal, chórki – są idealnie wyważone i świetnie ze sobą współgrają.

„I Never Learn” to bardzo dojrzały, emocjonalny album. Niezwykle intymny, a zarazem uniwersalny. Jest zapisem totalnego upadku i poczucia bezsilności odczuwanych po rozpadzie związku. Stanowi muzyczny obraz złamanego serca i poczucia porażki. Słuchając zawartości tego krążka, można zagłębić się w rozpaczy, którą Lykke Li chciała podzielić się ze swoimi odbiorcami. I to właśnie sprawia, że obok tej płyty nie sposób przejść obojętnie. Jak bowiem przejść obojętnie obok dramatu, który może dotknąć każdego z nas?

4,5/5

[MR/TDGM]