„Zimne ognie”

Zen „Zimne ognie” [RECENZJA]

Zen „Zimne ognie”
16.03.2017

Fajnie jest trafić na płytę, która wpada nam w odtwarzacz o odpowiedniej porze dnia czy roku. Fajnie jest słuchać tanecznych krążków rano albo kiedy przychodzi lato. Fajnie jest z kolei włączyć smutnawą alternatywę wieczorem albo kiedy za oknem pada deszcz, jest szaro, a my chcemy się schować przed całym światem pod kocem czy kołdrą. Jeszcze lepiej jednak trafić na album, po przesłuchaniu którego myślimy sobie: „cholera, to o mnie!”.

Utożsamianie się z artystą, jego tekstami jest ważne, nie oszukujmy się. Ludziom znacznie łatwiej „wchodzi” krążek, na którym znajdują coś, co ich dotyczy. Nie ma w tym jednak niczego złego, jeśli płyta trzyma poziom. Poza tym, umówmy się, ludzie potrafią wynosić na piedestał nawet najbardziej wtórne albumy i robią to często z nonsensownych powodów. Doskonałym tego przykładem jest zdecydowana większość właśnie hip-hopowych produkcji, tych mainstreamowych oczywiście.

„Zimne ognie” to materiał, którego każda składowa nadaje się na singiel. To imponująco równa płyta, pełna emocji, dojrzałości, wyznań, odwagi i – co najważniejsze – prawdziwości. Nie chcę znowu przynudzać tym swoim „mam dość rapu o hajsie, byłych, obecnych i wymarzonych dupach czy nieustannych imprezach”, ale naprawdę mam go dość, więc kiedy mogę posłuchać takiej płyty jak ta, zwyczajnie czuję ulgę.

Nie rozstaję się z tym krążkiem, odkąd usłyszałam go w całości po raz pierwszy. Z każdym kolejnym odsłuchem przeżywałam ten album w inny sposób. Na początku absorbowały mnie głównie bity – bardzo klimatyczne, momentami smutne, czasem wręcz depresyjne. Później skupiałam się wyłącznie na tekstach Zena – szczerych i nierzadko odważnych opowieściach. Następnie łowiłam emocje z wokalu Wojtka i cieszyłam się jego spokojnym flow, które buduje klimat tej płyty nie gorzej niż bity. Aktualnie już czerpię przyjemność ze słuchania „Zimnych ogni” jako rewelacyjnie spójnej całości i nie wyobrażam sobie, że Zen mógłby położyć swoje wersy na inne podkłady albo żeby te bity mogły być tłem dla innego wokalu czy innych historii.

5/5

[Katarzyna Janik/TDGM]

Zen „Zimne ognie” [unboxing]

Zen „Zimne ognie”

Zastanawiacie się czasem, zanim kupicie jakąś płytę, jak została wydana? Czy umieszczono ją w jewel case’ie, czy w digipacku? Czy we wkładce są teksty piosenek, czy zdjęcia artysty, a może i to, i to?

My zastanawiamy się nad tym niemalże za każdym razem przed zakupem, zwłaszcza gdy do sklepów trafiają różne wersje jakiegoś albumu, np. krążki w dobrze znanej opcji „zagraniczne płyty – polska cena”.

Uwielbiamy kompakty (winyle zresztą też), chętnie je kupujemy i zawsze z uwagą analizujemy ich wydanie. Dlatego też postanowiliśmy pokazać Wam niektóre z nich, więc co jakiś czas publikować będziemy unboxingi wybranych albumów. Być może niektórym z Was ułatwią one podjęcie decyzji w kwestii kupna jakiegoś krążka.

Zobaczcie zatem, jak wydana została płyta Zena pt. „Zimne ognie”: